Naleśniki

Córki moje dwie, lat cztery i sześć, czystej polskiej krwi, acz na brytyjskiej zimii zrodzone, wchodzą właśnie książkowo w bunt językowy. Otóż udają, że nie rozumieją co do nich mówię, kiedy po polsku mówię, i odpowiadają wyłącznie po angielsku. Nie wiedzą bidulki, że same na siebie bicz kręcą, bo nie dla nich w takim razie Majorka w lecie i Alpy zimą; będą odtąd na każde wczasy do Polski wożone, bo matka w kwestii utrzymania dwujęzyczności dzieci nieugięta jest.
Ale nie o tym. Bo okazuje się, że rzekoma nieznajomość polskiego nie przeszkodziła im w dokładnym rozpoznaniu tematu Tłustego Czwartku, tak więc dnia rzeczonego domagały się pączków, i to nie tych badziewnych donatów z supermarketu, które słownik uparcie ku rozpaczy przewracającego się w grobie Bliklego tłumaczy jako pączki, ale prawdziwych polskich wyrobów.
Problem to żaden, bo w mieście ci u nas polskich sklepów dostatek, więc Tłusty Czwartk był jak należy.
Niestety w matkopolskiej naiwności swojej myślałam, że z tej racji odpuszczą mi Pancake Day, czyli angielski odpowiednik Tłustego Czwartku, który następuje dzień przed Środą Popielcową i jak sama nazwa wskazuje, polega na ogólnonarodowym obżeraniu się naleśnikami.
Nie odpuściły. Przyszły ze szkoły, umyły ręce, nakryły do stołu, chwyciły noże i widelce w dłonie, i siedząc nad pustymi talerzami, patrzyły na mnie bez słowa. Pomidorową wyśmiały.
I nie chodzi o to, że się narobiłam, bo nie. Ja naleśniki o każdej porze z zamkniętymi oczami w pięć minut zrobię. Ale o to, że spierniczyły mi mozolnie i z poświęceniem, rekordowo długo, bo od półtorej doby trzymaną dietę.
Półtorej doby chodziłam głodna nadaremnie. Tego im nie daruję.