Motyle

Kiedy wiosną obie moje potomne chodziły jeszcze do przedszkola zapytałam ich wychowawcy, czy będą hodować motyle, bo słyszałam, że to popularne.
– Mieliśmy taki projekt kiedyś, ale nie wypalił. Dzieci bardzo płakały, więc nie będziemy go powtarzać – powiedział Ben, ale zachęcał do spróbowania w domu.
Zakupiłam więc zestaw – kosz z przeźroczystej siateczki i mały pojemnik z pięcioma gąsienicami ułożonymi na brązowej papce bedącej ich pożywieniem. Pojemnik postawiłam na parapecie i zaczęłyśmy się przyglądać.
Robaczki były maleńkie i się nie ruszały. Kurczę, pomyślałam, martwe są, nic z tego nie będzie, tylko płacz.
– Pacz, jedna lusył głowom! – zawołała nagle podekscytowana młodsza.
– To jest ogon – poprawiła starsza, a ja odetchnęłam z ulgą.
Przez następny tydzień ku uciesze dzieci i memu obrzydzeniu, robale rosły, pęczniały, porastały delikatnym meszkiem i wiły się w pojemniku. Kiedy miały po kilka centymetrow przyczepiły się do wieczka pojemnika i przestały się ruszać. Jasny gwint, pomyślałam znowu, zdechły, będzie ryk. Ale nic nie mówiłam dzieciom, czekałam na cud.
Cud nastąpił po dwóch dniach, kiedy zasuszone toto wiszące zmieniło się w poczwarki. Dzieci zachwycone. Zgodnie z instrukcją, otwarłam pojemnik i przełożyłyśmy poczwarki do koszyka.
Leżały tam następny tydzień. Ani drgnęły. Stawały się coraz mniejsze i bardziej zasuszone. Rany, myślałam, po co się w to ładowałam? Co ja im teraz powiem? Miały być motyle, a mamy martwe kokony. Bedą ryczeć dwa dni i pamiętać na całe życie. Cholera, wściekałam się, ale odwlekałam rozmowę, jakoś nie byłam w nastroju na ten dramat.
Aż tu nagle, wracamy pewnego dnia ze spaceru, a w pojemniku pięć dużych, pięknych motyli. No, naprawdę niesamowite! Dzieci przeszczęśliwe, ja porządnie zdziwiona.
Przez dwa dni karmiłyśmy motyle pomarańczami, aż wkońcu przyszedł czas, żeby je wypuścić.
– Dziewcznki, dziś bierzemy kosz z motylami na łąkę, i je tam wypuscimy, żeby mogły latać i być wolne – zakomunikowałam.
– Jeej! Hura! Idziemy latać motyle! – skakały z radości.
Poszłyśmy. Otworzyłam kosz. Wylatywały powoli, nie odrazu, każdy ulatywał parę metrów i przysiadał na trawie, odpoczywał, potem leciał kolejne parę metrów. Dziewczynki biegały za nimi, nawoływały do siebie radośnie, obserwowały. Absolutna pełnia szczęścia, jak z obrazka. Motyle odlatywały coraz dalej, w różne strony, aż wkońcu wszystkie zniknęły. Dziewczynki biegaly jeszcze jakiś czas po łące a ja cieszyłam się, że jednak się udało i obyło bez płaczu.
– Dziewczyny, późno już, wracamy do domu – powiedziałam w końcu.
– Motyyylki, do kosyyyka, wlacamy do dooomu – zawołała dwu i półlatka patrząc wysoko w niebo.
– Kochanie, motylki nie wracają z nami do domu. Są wolne. Poleciały w świat – wytłumaczyłam zdziwiona, bo przecież rozmawiałyśmy o tym wcześniej.
Oczy zrobiła okrągłe, usta w podkówkę.
– Mamo, ja myślałam motylki wracają z nami – powiedziała cztero i pół latka drżącym głosem.
I obie wpadły w szloch rozpaczy.
Trzeba było puścić im o tym film i już.