Miski

Jak leżałam na położniczym oddziale dwa razy w życiu, to pamiętam to dokładnie, że wszystkie babki miłały takie brzydkie, czerwone i pomarszczone noworodki, tylko moje przepiękne były. Też tak miałyście?
A jak po latach oglądacie zdjęcia z tego okresu, to myślicie: „Ja pierniczę, co za nietoperz!” Macie tak?
Bo ja nie. No co ja poradzę, że mi się udane sztuki trafiły. Przyglądam się krytycznie i nie ma się do czego przyczepić. Oczy śliczne, nosy zgrabne, uszy nie odstają, zęby bielutkie i równe. W sumie, jakbym się bardzo uparła, to jedyną reklamację do Darwina mogłabym mieć, że z długich a krzywych nóg ojca, oraz prostych ale krótkich moich, skompilował dziewczynom krótkie i krzywe. Mógł się bardziej postarać. Ale może miał w tym jakiś plan. W końcu Kate Moss kiedyś musi przejść na emeryturę.
Tak sobie czasem dumam, czy w tym pokręconym świecie moim dzieciom uda mi się wpoić rozsądne podejście do urody, odpowiednie proporcje pomiędzy tąże a mądrością, obyciem, dystansem. I czy proporcje te, które ja mam dziś, będą aktualne kiedy one dorosną. Wszak wiadomo, że dzieciom niekoniecznie należy wpajać to, co nam wpajano trzy dekady temu, ale to, co im będzie potrzebne za dwie dekady.
A tymczasem dopadła nas ospa. W domu szpital. Księżniczki obsypane od stóp do głów. Plecy, brzuchy, kończyny, pupy, nosy, uszy, skóra we włosach, wszystko w strupach. Ale na twarzach po dwa maleńkie. I nie swędzą.
Czyli jednak. Skazane na urodę.