Mieszane uczucia

Na Kasprowym Wierchu byłam conajmniej kilkanaście razy. Jako dziecko z rodziną, jako nastolatka i studentka, po drodze na Świnicę czy Kościelec. Różnie.
Po rozmnożeniu się pierwszy i jak na razie jedyny raz udało mi się zabrać własne dzieci na Kasprowy zimą, na narty. Miłay wtedy sześć i osiem lat. Padał gęsty śnieg, który ograniczał widoczność do nie wiem, może stu metrów. W każdym razie tak, że człowiek widział stok po którym jedzie dość dobrze, ale stoków przeciwległych ani trochę. Wtedy to mnie nawet ucieszyło, bo być może dzięki temu dzieci skupiły się na zjechaniu na nartach w dół, i nie przeraziła ich ta ogromna przestrzeń.
Minęło póltora roku, siedzę we wsi pod Tatrami z dziećmi od tygodnia i poluję na jakiś jeden dzień okienka pogodowego, żeby pójść wreszcie w góry. Nie idzie mi, bo pada codziennie kilka razy, a mnie nie interesują szlaki na godzinkę i rach ciach do samochodu, tylko takie na cały dzień.
W końcu nie wytrzymałam i myślę: „Dobra, nie wejdę na ten Kasprowy jednym szlakiem, nie zejdę innym, nie w tym roku, bo łazić cały dzień przemoczona i zmuszać do tego własne dzieci to nie to, o co mi chodzi, ale zawsze mogę wjechać kolejką, poogląać widoki, pokazać dzieciom skąd jechały na nartach w dół, popatrzyć na ich zdziwienie, że taką stromizną zjechały wtedy bez mrugnięcia okiem, i zjechać kolejką w dół. Zawsze coś. Lepsze niż nic, nie? I nawet jak nas deszcz dopadnie, to cała wycieczka od wyjścia z parkingu do powrotu do samochodu zamknie się w trzech godzinach, więc można zmoknąć ewentualnie.
Siadłam do netu, zakupiłam bilety na rano następnego dnia.
O przed ósmą stawiłyśmy się w stacji kolejki.
Wyjechałyśmy na górę. Założyłyśmy na siebie zimowe ciuchy, bo było niewiele powyżej zera i para z ust leciała, i wyszłyśmy ze stacji kolejki podziwiać widoki.
Widok zastałyśmy jeden, w każdą sronę taki sam. Widoczność wynosiła 30 metrów. Słownie: trzydzieści.
Nie było widać kompletnie nic. Naprawdę, nic.
Miałyśmy dwie godziny do zjazdu w dół. Usiadłyśmy w kawiarni z nadzieją, że się to rozejdzie. To są góry, za godzinę tu może być piękne słońce z widocznością na kilka kilometórów. Zwłaszcza, że tylko szczyt był we mgle. Jakby ją rozwiało, to poza tym widoczność tego dnia była w porządku.
Niestety, przez dwie godziny nie stało się nic. Poza tym, że wypiłyśmy kawę i zjadłyśmy szarlotkę. Licząc z ceną biletów na kolejkę i parkingiem, to była jedna z nadroższych kaw z szarlotką ostatnio. W Ikei za tę cenę miałabym ich sto.
Do ostatniej chwili wahałam się, żeby nie wsiąść do wagonika, tylko zostać. Bilet przepadnie, ale może się rozpogodzi jeszcze, zobaczymy te widoki i zejdziemy na dół pieszo. Mamy cały dzień czasu przecież, dopiero jest dziesiąta.
Ale coś mnie tknęło, nie wiem, leń jakiś, ogólne odechcenie się wszystkiego czy coś, i wsiadłam do wagonika.
Kiedy z niego wysiadłam na dole i wyszłam ze stacji kolejki, lunął tak rzęsisty deszcz, że ledwie zdażyłam wbiec do nabliższej jurty z piwem i lodami. Kto nie miał tyle refleksu co ja, i nie schował się pod dachem w czasie poniżej dziesięciu sekund, mial mokre wszyskto do majtek.
Siedząc w tej jurcie przy bezalkoholowym piwie i czekając aż przestanie padać, wmawiałam sobie, że mam szczęście, że zjechałam w dół, nie zostałam jednak na szlaku i jestem sucha i że z tego punktu widzenia, to była bardzo udana wycieczka.
W pensjonacie we wsi byłam przed południem.
Cztery dekady po tym świecie chodzę, i jak od maleńkosci pamiętam, zawsze na szlak się szło o świcie i wracło przed zmrokiem, po calym dniu chodzenia. Ja dziś „byłam” na Kasprowym i na lunch jestem w domu.
Nie mogę się otrząsnąć.