Majówka

Jak się wyemigrowało z kraju, który miał pierwszą w Europie konstytucję, do takiego, który do dnia dzisiejszego nie posiada konstytucji wcale, to się niestety majówki nie ma. Ale los się ulitował w tym roku; trzeciego maja były wybory lokalne, a w naszej szkole jest zawsze punkt wyborczy i dzieci mają wolne.
I znowu. Znowu. Zamiast skoczyć na najbliższą plażę, wgrzać kości, wrzucić selfi na fejsa, zjeść rybę z frytkami na lunch, wieczorem włączyć dzieciom xbox a sobie netflix i otworzyć wino… Ja nie. Ja musiałam wymyślić.
Wstałam bladym świtem, wrzuciłam jakieś manatki do bagażnika i pognałam w stronę stolicy. Przez cztery dni siedziałam na głowie, zajmowałam łazienkę i wyjadałam zawartość lodówki znajomym, którzy po każdej naszej wizycie ledwie żyją, i po każdej mają amnezję i zapraszają nas znowu. Cztery dni ciągałam swe umęczone życiem zwłoki i dwa doczepione do mnie ogony po atrakcjach tego świata. Zaliczyłyśmy dość drobiazgowo Legoland, mniej drobiazgowo, ale z zainteresowaniem Muzeum Nauki i Techniki, musical „Wicked” na West Endzie za to z ogromną pasją obejrzałyśmy i zachwytem, a w drodze powrotnej zaliczyłyśmy Stonehenge.
Żar lał się z nieba i człowiek chudł kilogram na godzinę metodą produkcji potu.
Kasa płynęła szerokim strumieniem. Na paliwo, bilety wstępu, przejazdy, jedzenie na mieście, pamiątki, breloczki, toalety. Głównie wirtualna kasa, z kart kredytowych. Przy każdym wklepywanym przeze mnie w terminal pinie oczami wyobraźni widziałam remont łazienki oddalający się o kolejne miesiące. Ale co tam, liczy się szczęśliwe dzieciństwo,  budowanie wspólnych wspomnień, poszerzanie horyzontów, nieprawdaż?
I tylko dlaczego, dlaczego w drodze powrotnej, kiedy już zjechałam z drogi szybkiego ruchu i zwolniłam na tyle, że młockarnia, którą jeżdżę, obniżyła emisję decybeli do poziomu pozwalającego rozmawiać, popełniłam ten błąd, że zapytałam potomne jak im się nasz długi majowy weekend podobał.
– Mamo, było super. – Zakrzyknęły one.
– A co podobało się wam najbardziej? – zapytałam automatycznie, mimo, iż czułam, że brnę na grunt grząski i będę żałować.
– Najfajniejsze było to, że ty nosiłaś koszulkę z napisem „Hogwarts school of witchcraft and wizardry”.* – powiedziała starsza.
– A mi się podobało najbardziej, jak myłam samochód z wujkiem Andrzejem – dodała młodsza.
I po co się wysilałam?

* Szkoła magii i czarów w Hogwarcie