Magia świąt

Magia świąt dopadła mnie w tym roku niespodziewanie dwudziestego drugiego grudnia.
O świcie wrzuciłam parę rzeczy do bagażnika, na tylne siedzenie dorzuciłam też dwie własne potomne, płci żeńskiej, lat prawie siedem i prawie dziewięć, i pognałam sto mil na wschód, w celu odwiedzenia przyjaciół.
Podróż samochodem z moimi dziećmi zawsze wygląda tak samo. Starsza odzywa się wyłącznie w momentach, kiedy ma do zakomunikowania „mamo, za dwie mile będzie kamera, zwolnij”, młodsza natomiast śpiewa wraz ze mną wszystko co zapodaje nam radio. Im bardziej nie znamy słów, tym głośniej. Z całym szacunkiem dla kunsztu aktorskiego profesora Stuhra, ale jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mu śpiewać w samochodzie „Widziałam orła cień”, niech się najpierw zgłosi do nas na korepetycje. Jeszcze zanim opuśiłyśmy granice miasta, zdążyłysmy odśpiewać „All I want for Christmas” i „Last Christmas”, co zwiastowało niezbicie, że święta będą udane.
Celem wizyty było poddanie się przesłuchaniu pracownicy agencji adopcyjnej, której zadaniem jest zbadanie i potwierdzenie, że znajomi nadają sie na rodziców adopcyjnych, a ja jako nieopatrznie przez nich wytypowana, wystawiłam im rekomendację pisemną, którą mam teraz ustnie potwierdzić. Na miejscu okazało się, że pani owa nie ma jednak tego dnia czasu, więc wraz z przyjaciółką niezwłocznie przystpiłyśmy do panu B, to jest otwarłyśmy wino. Pana domu wysłałyśmy na spacer z moimi dziecmi, a same zadekowałyśmy się w kuchni.
Kilka godzin, cztery place zabaw, sto pierogów ruskich i krokietów z kapustą później, powrócił wraz z podopiecznymi z misji.
– W tym domu capi kapuchą – poinformował wchodząc.
– To jest zapach świąt kochanie – zastał poinformowany.
– A co na obiad? – zapytał niezwłocznie.
– A co chcesz. Chińczyk, kebab. Co przywieziesz – uzyskał odpowiedź, tym samym będąc piewszym, który poczuł magię świąt tego roku.
Godzinę, butelkę wina i kolejne sztuki uszek z grzybami później, zwlókł ze strychu choinkę, której dekorowanie, postawiwszy ją w salonie, zlecił swoim asystentkom. Asystentki natychmiast odkryły, że światełka na choinkę znajdują się w jednym pudle z ozdobami choinkowymi, a pudełeczko z zasilającymi te światełka bateryjkami w drugim, i że oryginalnie zestaw ten powinien być jednoczęściowy. Pan domu wyciągnął więc lutownicę i zabrał sie za naprawę światełak.
Wtedy z zachwytu nad magią swiąt padłam ja. Bo ja byłam tym nietypowym dzieckiem, które w Wigilię od rana nie przesiadywało z matką w kuchni, ale z ojcem klnącym na radzieckie światełka choinkowe łączone szeregowo, w których jak padła jedna z pierdyliona żaróweczek, to nie działało nic, i pół dnia zajmowało sprawdzenie która padła i wyeliminowanie jej z obiegu, a ojciec siedział przy biurku z lutownicą a ja wraz z nim zahipnotyzowana zapachem cyny i kalafonii. Dla mnie zapach świąt, to zapach cyny i kalafonii właśnie. Wspomnienie to wróciło do mnie w ułamku sekundy i rozczuliłam sie na widok moich córek asystujących panu domu w lutowaniu jego światełek.
Następną godzinę, jeden gar kapusty z grzybami i jedną przystrojoną choinkę później, bezpośrednio po podjęciu przeze mnie brawurowej decyzji, że skoro w domu nie ma grochu, a nikt nie może już prowadzić samochodu, i po przekonapaniu szafek pani domu stwierdziwszy, że z dostępnych zasobów, najbliższa botanicznie grochowi jest fasola mung, a jej data przydatności do spożycia minęła zaledwie w październiku 2014, i dodaniu jej do kapusty, magię świąt poczuła na własnej skórze pani domu, która poprosiwszy męża o zmielenie ręczną maszynką tony białego sera na sernik spotkala sie ze spektakularną odmową, którą może teraz systematycznie wypominać mu do Wielkanocy.
Miast mielenia sera pan domu zajął się strojeniem gitary i śpiewaniem w jej akompaniamencie dwóm małoletnim  słuchaczkom klasycznego utworu swiątecznego „Puszek okruszek”. Wtedy magię świąt prawdopodobnie poczuł kot państwa domu, bo oddalił się na resztę dnia urażony.
Najpóźniej magię świąt poczuły moje dzieci. Wieczorem, kiedy usiedliśmy przy rozświetlonej choince z dwoma gitarami i snuliśmy wspomnienia z czasów, kiedy włóczyliśmy sie z plecakami po Polsce. O tym, jak z Trzech Koron spadła nam w przepaść gitara, jak spaliśmy pod gołym niebem nad Dunajcem, jak zdryfowało nas pod most w Mikołajkach zanim zdążyliśmy złożyć maszt na starej krypie, jak poszliśmy na Rysy w nowiutkich, nierozchodzonych butach i wracaliśmy boso zostawiając krwawe ślady, jak potrafiliśmy przez dwa tygodnie chodzić tak po Gorcach, żeby nie spotkać żywej duszy, jak koncertowaliśmy w tawernach na Mazurach, i wiele, wiele innych.
Zasnęły późną nocą, gdzieś między „Pejzażami harasymowiczowskimi” a „Polanką” Bez Jacka, wtulone w siebie, zafascynowane opowieściami, śpiewem, śmiechem i wzruszeniem.
Gdyby mi ktoś powiedział wtedy, kiedy wszystko co mieliśmy, mieściło się w plecaku i świat należał do nas, że za dwadzieścia lat będę mieć brytyjskie obywatelstwo i żyć w obcym kraju, dałabym sobie rękę uciąć, że się myli. Gdyby mi powiedział, że rzucę karierę, zatrudnię się w magazynie i będę uważać, że to najlepsza decyzja w życiu, dałabym sobie uciąć drugą rękę, że jest w błędzie. Ale gdyby powiedział mi, że tak będę spędzać święta, powiedziałabym, że nie mogę się doczekać.
Wesołych Świąt. Żebyście lubili swoje życie. Żebyście lubili siebie.