M jak mama

Obie moje potomne przechodziły w pierwszych dniach uczęszczania do przedszkola krótką fascynację dłubaniem w nosie. Obie po paru dniach przestały. Temat powrócił kilka dni temu, kiedy dwu i pół latka zaczęła intensywnie wkładać palec do nosa. Upominałam, ale uparcie grzebała.
– Mamo, muszelka w nosku – powiedziała w końcu wieczorem.
Zajrzałam. Faktycznie, wsadzila do nosa plastikowy koralik, taki do robienia bransoletek. Głęgoko wsadziła. Nie było mowy, żebym wyciągnęła sama.
Rano zaprowadziłam starszą do szkoły i pojechalam z młodszą do szpitala.
Tam najpierw pielęgniarka, potem dwóch laryngologów, po kolei trzema rodzajami narzędzi próbowało koralik wydostać. Bezskutecznie niestety. Spodziewałam się takiego obrotu spraw, dlatego dziecko było na czczo, więc od razu skierowano nas na zabieg w znieczuleniu ogólnym. Czekając na swoją kolej potomna moja bawiła się zabawkami dostępnymi na oddziale, a ja obdzwaniałam koleżanki i szkołę, żeby zorganizować opiekę dla starszej córki.
Wtedy pojawiła się pani doktor, która miała wykonać zabieg. Zakomunikowała, że narkoza to nie przelewki, lepiej uniknąć, więc ona też najpierw spróbuje. No i racja, oczywiście.
Usadziła mnie w wygodnym fotelu z potomną na kolanach. Wezwała trzy osoby do unieruchomienia dziecka, zaożyła latarkę na głowę, wzięła zakrzywioną pensetę i zaczęła. Dziecko darło się okropnie w moich ramionach, ale byłam dzielna i dałam radę. Piętnaście sekund to trwało, cała wieczność. No, ale wyjęła.
Wszyscy zdziwili się jaki ten koralik duży, ja odetchnęłam z ulgą, a dziecko nie wytrzymało. Ból, emocje i głód zrobiły swoje. Szlochała rozpaczliwie i nie dawała się uspokoić. Po kilku minutach, kiedy już tylko łkała wtulona we mnie, pielęgniarka podała jej zabawkowy laptop.
Dziecina nacisnęła literę „M”.
– McDonald! – zawołała rozpromieniona.
Nią to się nie można pochwalić. Ona nawet tym, że zna alfabet, potrafi narobić matce obciachu.