Legenda

Mam problem z koleżanką. Robi dziewczyna spineczki do włosów. Śliczne i tanie, a do tego porządne, nie niszczą się i nie gubią, więc człowiekowi tego w domu ciągle przybywa. A problem taki, że koleżanka ma stoisko, i ze swoimi dumnymi z mamy córkami sprzedaje te cuda  na każdym lokalnym festynie. A festynów ci u nas dostatek. No i prędzej czy później musiało się stać.
– Mamo, my też chcemy mieć stoisko na festynie – oświadczyła piąciolatka.
– A co będziemy sprzedawać? – zapytałam szczerze ciekawa.
– Nasze stare zabawki, którymi się już nie bawimy – powiedziała.
– Chyba nie mamy aż tylu zabawek do sprzedania – zauważyłam mając w pamięci sytuację, kiedy z pierdyliona pluszaków leżących odłogiem i w zapomnieniu na szafie, każdy okazał się najukochańszy i absolutnie niezbędny, i nie dało się wybrać ani jednego na prezent.
– Ja wiem! – zakrzyknęła więc. – Możemy pójść do sklepu i kupić zabawki, których nie chcemy i wtedy je sprzedamy – zaproponowała podekscytowana.
Wobec takiej determinacji uległam.
Wybrałam festyn w naszym przedszkolu i zgłosiłam, że zrobię stoisko z wycinankami ekologicznymi dla dzieci. Miałam kilka tygodni czasu, więc zaczęłam zbierać rolki po papierze toaletowym i czekałam na natchnienie. W dniu festynu obudziłam się dalej bez natchnienia. Spojrzałam za okno. Spojrzałam na córki. Krew polska, ale rozumy angielskie. Nie ma szans, nie wmówię im, że festyn odwołany z powodu deszczu.
Otworzyłam szafę pełną rolek, siadłam z nożyczkami i zaczęłam po najmniejszej linii oporu. Z każdej rolki wycięłam w zygzak dwie korony, albo pięć branzoletek, albo zakleiłam dno i powstało pudeleczko. Ponadto znalazłam karton, pocięłam na kwadraty, na każdym nakleiłam mniejszy, kwadratowy kawałek białego papieru i przywiesiłam sznureczek – no jak nic, obrazek w ramce. I jeszcze parę innych.
W trzy godziny, z pomocą zachwyconych potomnych narobiłam tego cały wór. Pojechałyśmy na festyn, wywaliłyśmy to na stół, postawiłyśmy pudło z flamastrami i oznajmiłyśmy, że to są eco gadżety do samodzielnego pokolorowania.
Początkowo towarzystwo nieprzyzwyczajone omijało nas szerokim łukiem, ale kiedy się przekonali, to nie mogłyśmy się opędzić od dzieci i towar skończył nam się  przed czasem.
Dzieci moje pękały z dumy. Ja, nie powiem, też zadowolona.
Po wszystkim podziękowałam wychowawom, pożegnałam się i już małam wychodzić, jak zaczepiła mnie dyrektorka placówki.
– Widziałam wasze stoisko. Widziałam, że miałyście ogromne powodzenie. Gratuluję. Cudowny pomysł, śliczne rzeczy. Gdzie je kupiłaś? – zapytała a mnie opadła szczęka.
Także ojczyzna może być ze mnie dumna. Legenda Matki Polki potrafiącej zrobić zupę z niczego wiecznie żywa.