Lampiony

– To może zrobicie nowe lampiony? – zaproponowałam pięcio i półlatce i prawie czterolatce, które uwielbiają zabawę z nożyczkami, klejem i  wszelkimi materałami z recyklingu, jak kartony i pojemniki po jedzeniu, a już dekorowanie słoików obrazkami, nalepkami, suszonymi liścmi i wszystkim co im wpadnie w ręce, i podziwianie ich z zapalonymi w środku świeczkami to ich numer popisowy.
– Taak! – ucieszyły się. – Narysujemy choinki i Mikołaja. I Rudolfa. I bałwana – wyliczały jedna przez drugą.
– A może  narysujecie Świętą Rodzinę? – zaproponowałam mając na uwadze, że za dwa dni moja ultrakatolicka mama przyjedzie spędzić święta ze swą rozwiedzioną córką i nie ochrzczonymi wnuczkami, a tu dom cały w choinkach, mikołajach, bałwanach, a szopki żadnej.
– Tak! – uczieszyła się młodsza i zabrały się do pracy, a ja miałam pół godziny spokoju.
Należy zaznaczyć, że te pół godziny dla takiej perfekcyjnej pani domu jak ja, która w dniu, na który zaprosiła miesiąc temu znajomych na przyjęcie, budzi się z nie odkurzanym od dwóch tygodni domem, pustą lodówką, brudną łazienką, i ma fantazję zacząć przygotowania od wywalenia dziecięcych ubranek z szaf i sortowania ich rozmiarami, jest jakby bezcenne.
Po tym czasie dzieci dopadły mnie szorującą kibel i chwalą się rękodziełem.
– To jest Maria, Józef i Jezusek na sianku – mówi starsza. – Narysowałam cztery razy dookoła słoika, żeby wszyscy co siedzą dookoła stołu widzieli – chwali się pomysłowością.
– Ja też mam świentnom rodzinę – opowiada prawie czterolatka. – To jest Mummy Pig, Daddy Pig, Peppa i George*.
No to się Babcia ucieszy.

*Wymieniła członków rodziny Świnki Peppy. Oni chyba po polsku mają inne imiona, ale nie wiem jakie. Taka ze mnie słaba patriotka trochę.