Królik

Do przedszkola, czyli placówki, do której brytyjskie niepracujące wyrodne matki odstawiają swoje latorośle za darmo codziennie na trzy godziny, żeby móc w tym czasie pławić się w luksusie przytargania siat z zakupami bez pochylania się nad każdym patyczkiem i kamyczkiem, bez nadrabiania kilometra, żeby bezboleśnie ominąć plac zabaw w dni parzyste, lub nastawić gar zupy i powiesić pranie bez przerw na podcieranie tyłków w dni nieparzyste, moja trzylatka uczęszcza już od dziesięciu miesięcy.
I dzień w dzień przerabiamy ten sam scenariusz przy wyjściu z domu, bo dziecina musi zabrać ze sobą jakąś zabawkę. Na nic prośby i tłumaczenia, że tam są zabawki i że nie wolno. Widzę, że jej zależy, kłócić mi się z nią nie chce ani płaczów słuchać, więc nosi.
Mniej więcej w połowie drogi powrotnej do domu wpada w szloch, bo przypomina sobie, że Ben, czyli wychowawca, położył zabawkę na specjalnej półeczce, żeby poczekała i się nie zgubiła. I tak codzienie. Jakaś figurka, misiek jakiś, cokolwiek.
Aż tu tydzień temu, wkracza do przedpokoju dziecię z ogromnym pluszowym królikiem pod pachą. Łapy mu się wloką po podłodze metr za nią. Po minie kierowniczki widzę, że nie mam co zaczynać negocjacji, bo tylko wyjdę na niekonsekwentną, kiedy się zmęczę i ostatecznie zgodzę. Informuję tylko, że sama będzie niosła królika całą drogę i wychodzimy.
Odstawiamy pięciolatkę do szkoły i kierujemy się do przedszkola. Sapie, ledwie niesie, ale twarda jest, idzie.
– Widzisz Julka, tak się namęczysz, a Ben i tak posadzi królika na półeczce – zagaduję.
– Nie posadzi. Klólik za duzy na półecke. Ja bendem bawiła – odpowiada z błyskiem w oku i aż przyśpiesza z podniecenia.
I faktycznie. Ben był pod wrażeniem jej determinacji. Spędziła przeszczęśliwa trzy godziny dzierżąc pod pachą większe od siebie, pluszowe zwierzę. Od tego czasu nic już ze sobą do przedszkola nie zabiera.
Moja mała kobietka, ma trzy lata i już odkryła, że facetwi trzeba przytakiwać, a po cichu, konsekwentnie robić swoje.