Kran

Nie trzeba wcale mieć kredytu we frankach, żeby być zmuszonym zamienić dylematy typu: narty czy plaża w lutym, na: rachunek za prąd czy za gaz. Ale lata chude chodzą ponoć w grupach po siedem, to już za dwa powinnam wyjść na prostą. Także luzik. Z górki.
Tymczasem zanim to nastąpi, precyzyjnie żongluję środkami pomiędzy debetem a kartą kredytową, sumiennie spłacając odsetki i modląc się, żeby nie wypadło nic niespodziewanego, co zmusi mnie do powiększania kwoty zadłużenia. Choćby i dlatego, że limit się zwyczajnie wyczerpał.
No, ale wypadło. Otóż babcia potomek moich postanowiła przetestować swój nowiutki rozrusznik serca i zakupiła bilet na lot. Wizyta na naszej budowie jest jak zaawansowany poziom obozu przetrwania, ale babci postanowiłam zaprezentować pakiet podstawowy, z dużą porcją udogodnień.
Przede wszystkim postanowiłam oszczędzić jej dwóch sterczących nad wanną kurków, z których z jednego leci wrzątek, z drugiego lód w kostkach. Ja i dzieci już dawno żeśmy się znaturalizowały na Brytyjki, to nam takie kurki nie straszne, ale babcia niechybnie nam by się poparzyła. Znając nasze szczęście, przy myciu głowy, nie rąk.
Tak więc usiadłam do internetu i zakupiłam najtańszą, przebrzydłej urody baterię wannową z prysznicem. Następnie powołując się na znajomą, zadzwoniłam do jej taty, świadczącego usługi hydrauliczno-elektryczno-ogólnobudowlane i przedstawiłam zakres prac do wykonania.
– Tylko bardzo proszę mi najpierw podać przybliżoną cenę, bo nie chciałabym pana fatygować, jeśli mnie nie będzie stać – dodałam na koniec prosto z mostu.
– Ależ proszę pani, ja jestem pani fanem, ja czytam pani blog. Ja pani bardzo chętnie ten kran wymienię za dobrą kawę – usłyszałam.
No musi, że ja w poprzednim życiu cholernie inteligentna byłam. Bo w tym ewidentnie mam więcej szcześcia, niż rozumu.
Pozdrawiam spod prysznica.