Końskie zaloty

– Mamo, a wiesz, że A., mój przyjaciel, ten, z którym zawsze dużo rozmawiamy o książkach i pomagamy sobie w matematyce, ostatnio bardzo się zmienił. Ciągle mi powtarza, że jestem nieznośna, że mnie nie lubi, i dużo mi dokucza i chyba mam już tego dość, wiesz mamo? – oświadczyła niedawno przy obiedzie moja pierworodna, lat prawie dziewięć.
Przełknęłam zupę. Świat się nagle zatrzymał. To był ten moment. Spodziewałam sie go, wiedziałam jaki jest ważny, czekałam i przygotowałam się, wiedziałam co dziecku powiem.
Byłam dokładnie w jej wieku, kiedy pierwszy raz w szkole jakiś chłopak pociągnął mnie za kucyki. Bolało. Inni chlopcy stali obok i się śmiali. Czułam się upokorzona. Dziewczynki uśmiechały się z uznaniem, zazdrością nawet. Nie rozumiałam.
– Lubi cię. To są końskie zaloty – oświadczyli moi rodzice, kiedy poskarżyłam się im w domu.
– Ale ja nie jestem koniem – odpowiedziałam zdziwiona, czym wywołałam salwę ich śmiechu.
– Chłopcy tak mają. Potem z tego wyrastają – poinformowali mnie i temat został zamknięty.
Nie uzyskawszy wsparcia, poradziłam sobie sama. Miałam akurat to szczęście, że biegałam prawie najszybciej w klasie, więc przy następnej okazji delikwenta dogoniłam, podstawiłam nogę, i kiedy leżał u mych stóp na soczyście zielonym trawniku skąpanym w porannym słońcu, skopałam mu dupsko na oczach kolegów i odeszłam bez słowa. I miałam spokój.
Dziś uważam, że było ogromnym błędęm tamtych czasów, że uczono chłopców od małego, że mają przyzwolenie na przemoc i poniżanie, a dziewczynki hodowano na tej przemocy ofiary. Bo ani chłopcy, ani dziewczynki z tego nie wyrastali. Uważam, że skrzywdzono jednych i drugich. Chłopców też. Wielu płaci dziś wysoką cenę za tamte czasy, tkwiąc w toksycznych związkach lub zalegając na kozetkach w gabinetach terapeutów.
Obecnie czasy się zmieniły i na szczęście dzieci się uczula, zarówno dziewczynki jak i chłopców, że przemoc to przemoc, „nie” znaczy „nie”. Nastolatki uczy się, podobno, bo jeszcze w ten etap nie weszłam, że jeśli chłopak podszczypuje, należy ścisnąć mu czułe miejsce, i patrząc w oczy powiedzieć: „Robię to, bo mi się podobasz, przyjemnie?”. Osobiście wolałabym nigdy do tego etapu edukacji z moimi potomnymi nie dojść, zapobiec mu lata wcześniej, ale co bedzie, czas pokaże.
Zebrałam myśli, wzięłam wdech.
– To są końskie zaloty Aniu. Tak się to określa. Przychodzi taki wiek, kiedy chłopcom zaczynają się podobać dziewczynki, ale wstydzą się tego przed kolegami, więc udają, że tych dziewczynek nie lubią. I zdarza się, że z tym udawaniem przesadzają. Musisz to traktować jak każdy inny bullying. Powiedz stanowczo, że sprawia ci to przykrość i sobie tego nie życzysz. Jak nie pomoże, poszukaj pomocy u nauczyciela. Nauczyciel ma obowiazek porozmawiać z nim, a potem z jego rodzicami. Czyli normalna procedura. To, że powodem jego zachowania jest fakt, że mu się podobasz, nie daje mu pozwolenia na nękanie cię. Nic nie daje pozwolenia na nękanie. A jeśli cię lubi, ma być miły dla ciebie. Zgadzasz się? – rozpoczęłam indoktrynację.
– Tak i nie, mamo – odpowiedziała natychmiast.
– Tak? – zdziwiłam się.
– Bo teraz jest inaczej niż ci się wydaje. Teraz chłopcy się wcale nie wstydzą, i jak kogoś kochają to zaraz o tym mówią i wcale nie są niemili. A A. to akurat zwyczajnie nie znosi mojej najlepszej przyjaciółki i chce, żebym ja też jej nie lubiła. Ale już mu powiedziałam, że to jest mój wybór, nie jego, z kim ja się przyjaźnię. I powiedziałam też Julce, bo Julka mówi, że mam nie chodzić z A. za zumbę, skoro A. mi dokucza na zumbie, że ja chodzę na zumbę bo lubię, i nie będę z tego rezygnować, bo ktoś mi tam dokucza. To jest jakbym się poddała. A ja się nie poddam. Nie z takiego powodu – wyjaśniła swoje stanowisko, wprawiając mnie w osłupienie.
– A końskie zaloty to ja mam – wtrąciła się młodsza, siedmioletnia. – N. mi takie zaloty robi, ale ja go ignoruję, i rozmawiam z nim tylko jak jest miły, i on już powoli się nauczył, że jak coś chce, to musi grzecznie – dobiła mnie.
I pozamiatane.