Konsekwencja

Pojęcie, które przez cztery dekady mojego osobistego CV leżało nietknięte razem z ambijcą i samodyscypliną w szufladce z napisem „abstrakcja”. Ale do czasu. Bo otóż porodziłam potomne moje i odkryłam, że konsekwencja to wspólny mianownik wszelkich podręczników o wychowywaniu potomstwa. Nie, żebym jakikolwiek kiedykolwiek przeczytała, ale wymyślić samemu nietrudno.
A że od innych łatwiej wymagać niż od siebie, to konsekwencja wobec dzieci idzie mi całkiem dobrze. Kary na przykład są u mnie nieuniknione. Dlatego rzadko muszę je wdrażać, zazwyczaj wystarczy, że postraszę. Żeby było sprawiedliwie, jak coś obiecam, to też dotrzymuję. Dlatego bardzo uważam co obiecuję. Zazwyczaj to są małe rzeczy, na przykład pójście do sklepu z miśkami, które się samemu na miejscu robi, kiedy tylko dziecko z kieszonkowego na tegoż miśka uzbiera.
Kiedy natomiast mam obiecać coś trudnego w realizacji, dobrze się zastanawiam, czy będę w stanie spełnić. Tak też było ostanio. Zastanawiałam się kilka miesięcy kiedy będę mogła kupić dzieciom łóżko piętrowe, o którym marzą, a które i tak dla nich planuję, żeby się im w pokoju w przyszłości biurka zmieśiły.
– Wiecie co, obiecuję, że kupię łóżko piętrowe jak tylko przestaniecie w nocy przychodzić do mnie i spać ze mną, bo schodzenie z łóżka piętrowego przez sen jest niebezpieczne. Co wy na to, umowa stoi? – powiedziałam w końcu i zakładając, że przychodzić nie przestaną oraz sądząc po tym, jak długo starsza będzie się jeszcze mieścić w swoim dotychczasowym łóżku, uznałam, że mam spokojnie rok czasu.
Miałam tydzień.
I tak żelazna konsekwencja puściła mnie z torbami.