Koleżanki

Naczytałam się, nasłuchałam, że dziecko ma  się do czwartego roku jego życia. Potem idzie do szkoły i liczą się tylko koleżanki. I że codziennie dziecko po szkole idzie do koleżanek, albo przyprowadza je do siebie. Albo siedzi w domu samo i opowiada o koleżankach.  Że już we wrześniu mam się spodziewać hurtowych ilości zaproszeń na urodziny.
A tu grudzień, i nic. Raz powiedziała, że poszłaby sie pobawić z Ellą, ale zapomniała zapytać, gdzie Ella mieszka. Na jednych urodzinach była, Freya ją zaprosiła. Niewiele opowiada o koleżankach, a od kiedy wchodzi do szkoły sama, to nawet nie widzę, czy z kimś siada, rozmawia, czy stoi gdzieś sama pod ścianą i wstydzi się podejść.
Z wywiadówki wiem, że rozwojowo i towarzysko wszystko w najlepszym porządku. Ale konkretów żadnych. Martwić się nie martwię, ciekawa jestem po prostu. A tu nic, żadnych fajerwerków.
Aż tu parę dni temu patrzę, a dziecko drapie się w głowę. „Wszy” – pomyślałam i zaczęłam sprawdzać. Doświadczenia wcześniej nie miałam, to i nie bardzo wiedziałam jak i czego szukać. Ale podobno jak się znajdzie to się nie ma wątpliwości.
Dwadziścia minut grzebałam, rozdzielałam, przewracałam, czesałam. W końcu znalazłam! Jest jedna wsza i kilka jajek!
Co za ulga. Jednak ma koleżanki. Ze ściany przecież to na nią nie przeskoczyło.