Kije

Pochodzę z Podbeskidzia. Podbskidzie jest jak Hollywood; każdy wie, gdzie jest, ale na mapie nie występuje. W związku z moim pochodzeniem geograficznym, od dziecka chodziłam po górach. Jako mały szkrab z dziadkiem, potem w różnych konfiguracjach licealnych i studenckich. W okresie cielęcego nastolęctwa, kiedy dziadka już zabrakło, a samej jeszcze nie było wolno, nie było innego wyjścia, tylko się szło na szlak z własną matką.
I tak pamiętam, jak mam lat może piętnaście, idę w sierpniowym upale z bratem własnm młodszym i naszą rodzicieklą gęsiego w kolejce pierdyliona turystów na Giewont. Przed szczytem kolejka się rozdziela na dwie, jedną stroną się wchodzi, drugą schodzi.
– O, to jest nowa droga – odzywa się matula nasza.
– Nie, rok temu już była – odpowiada jej drepczący za nami student, na którego od kwadransa łypię okiem z rumieńcem na licu.
– Proszę pana, ale dwadzieścia lat temu jej nie było – odpowiada ona, wprawiając kolejkę w rechot.
Opowieść ta, o tym, że człowiek nie zna dnia ani godziny, kiedy mu własna matka narobi obciachu, krąży w naszej rodzinie do dziś.
I przypomniała mi się kilka dni temu, kiedy stałam w wypożyczalni sprzętu narciarskiego z potomnymi moimi, lat cztery i sześć, i po dopasowaniu sobie butów i nart zostałam zapytana, czy chcę kije.
– Proszę pana, oczywiście, inaczej nie potrafię – odparłam. – Dwadzieścia lat temu, kiedy ostatni raz miałam narty na nogach, nikomu w Polsce nie śniły się jeszcze takie fanaberie, jak jazda bez kijów – wypaliłam zanim się zastanowiłam.
Tak więc, historia kołem się toczy.