Każdemu jego raj

– Jesteś taka dzielna, powinnaś być z siebie dumna – zaczął swoją poranną gadkę Ben, wychowawca w przedszkolu, kiedy oddawałam mu dziś moją dwu i pół latkę. – Przez ostatni rok tak ciężko chorowałaś, ale dałaś radę, wyszłaś z tego i teraz codziennie widzę cię uśmiechniętą od ucha do ucha – ciągnął. – Naprawdę, jesteś moją idolką! – zakończył.
Kurczę, przez ostatnie pięć lat urodziłam dwoje dzieci. Cztery lata nie przespałam żadnej nocy w całości. Trzy lata chodziłam z wózkiem  z czego rok z podwójnym. Wszędzie. Po każde zakupy, do każdego urzędu, parku, lekarza. W mojej torbie zawsze były dwa rozmiary pampersów, dwa kolory butelek z dwoma rodzajami mleka, dwa rozmiary ciuchów na zmianę, grzechotki, książeczki, smoczki. Sama usypiałam płaczące obie naraz w nocy. Sama latałam z nimi na wakacje. Przerobiłam kolki, sraczki, gorączki, wymioty. Spadanie ze chodów, poparzenia palców, użądlenia przez osy, koraliki w nosie, porysowane ściany, poplamioną sofę. Nocnikowanie i samodzielne jedzenie zupy.
I teraz, kiedy od trzech tygodni, codziennie o ósmej czterdzieści pięć oddaję cztero i pół latkę do szkoły, a o dziewiątej dwu i pół latkę do przedszkola, to jak, ja się pytam jak mam nie mieć na twarzy banana ze szczęścia na te kilka godzin wolności?
Ale co ja bedę Ben’owi tłumaczyć? On z innej galaktyki jest. Troje dzieci w domu i chłop pracuje w przedszkolu. Nie zrozumie.