Kartka z kalendarza (7)

Czternasty stycznia anno domini 2017.
Angielska zima w pełnym rozkwicie. Wieczorem na pólnocy spadł śnieg. Dwa centymetry. Utrzymywał się prawie sześć godzin. Internet zalała fala nocnych zdjęć miniaturowych bałwanów, oraz fala memów naigrywujących się z żywiołowej klęski.
Na południu świeci piękne słońce. Na termometrze w cieniu osiem stopni. W ogródku, obok nieprzerwanie kwitnących od października wrzosów, wschodzą krokusy i żonkile. Przebyśniegi kwitną obficie. Przebijają się przez nie koszoną od jesieni i wybujałą przez zimę do trzydziestu centymetrów trawę.
W piękny ten sobotni leniwy poranek córka moja pierworodna, lat sześć i pół, siadła po śniadaniu do pianina i wyćwiczyła swój pierwszy utwór na dwie ręce. „Jingle Bells”, które przyniosła na kartce z ostatniej lekcji, datowanej na szóstego grudnia ubiegłego roku.
Pasjonatka slow life.