Kartka z kalendarza (6)

Siedemnasty grudnia anno domini 2016. Ósma dwadzieścia rano.
Siedzę ja sobie na kanapie, w dużym pokoju mieszkania, które wynajęłam na tydzień pobytu w rodzinnym moim mieście, ażeby odwiedzić rodzinę i pojeździć na nartach. Zaplatam warkocze starszej córce, lat sześć i pół. Młodsza, lat prawie pięć kręci się po drugim pokoju i coś sobie śpiewa. Okiem jednym kontroluję warkocze, drugim zerkam na kanał informacyjny telewizji narowowej, bo dnia poprzedniego zaczęła się w sejmie awantura, i jej poranny ciąg dalszy mnie ciekawi.
Spiker podaje wiadomości i następnie gładkim głosem przechodzi do komentowania infografiki rzuconej na ekran, przedstawiającej schemat domu mieszkalnego z zaznaczonymi miejscami, gdzie najlepiej ukryć prezenty gwiazdkowe i jak przechytrzyć dzieci, żeby nie znalazły ich za wcześnie.
Z rękami zaplątanymi w misternie dłubane sploty holenderskie nie mam szans chwycić pilota i zmienić kanału na czas.
Dziecię me pierworodne stoi zdruzgotane, z szeroko otwartymi ustami, z zaszklonymi oczami. Odwraca się ze wzrokiem pytającym i nie czekając na odpowiedź pada mi w ramiona.
Cóż, trzydzieści pięć lat i cztery dni później, kolejne pokojenie ma swoją wersję porannej informacji, że Teleranka nie będzie.