Kartka z kalendarza (27)

Trzynasty września anno domini 2019.
Nie czytam wiadomości ostatnio, nagłówki tylko, więc co we świecie słychać to dokładnie nie wiem, ale zdaje się, że ojczyzny moje obie są na ostatniej prostej przed rewolucją październikową.
Każda pod wodzą niekwestionowanego wizjonera. Jeden idzie w narodowo-katolicką dyktaturę, gdzie bez świadectwa chrztu nic nie załatwisz, drugi w powrót wielkeigo imperium, czyli cale, stopy, jadry, oraz szylingi i denary.
A że panowie nie mają na rynku żadnej kompleksowej i spójnej konkurencji, to na październik trzeba będzie podwójny popkorn przygotować.
Na niwie rodzinnej dziś natomiast kamień milowy, przełom, no zwrot akcji taki, że ja cię proszę.
Dziecię moje młodsze, siedmioletnie, dziś zaliczyło pierwszy w życiu swym krótkim acz aktywnym, cały pełny tydzień chodzenia do szkoły w tej samej bluzie, i nie ma na tej bluzie błota, farb, spagetti, czekolady, flamastwów, kleju. Nic nie ma. Tylko szkolne logo.
I co ja z zapasowymi bluzami pocznę teraz?