Kartka z kalendarza (26)

Drugi lipca anno domini 2019.
Państwo wybaczą, ale co we świecie słychać to ja nie wiem. Ba, nie wiem nawet co za miedzą słychać, bom se poplanowała wakacje w sierpniu, i zostały mi trzy tygodnie, żeby na nie zarobić, więc zapierniczam w magazynie jak mały zajączek, nie czytam wiadomości, a gdzie pilot do telewizora leży pojęcia nie mam.
Ale nadejszła wiekopomna chwila, którą spisać trzeba.
Dziś oto, w godzinach popołuniowych, po pracy do której wstałam przed świtem, coby ją do ósmej skończyć i zdać, po „dniu sportu” w szkole, gdzie kibicowałam dzielnie i z poświęceniem dziecinie pierworodnej, po lekkim obiedzie, bo upały stulecia jak co roku, a przed odwiezieniem potomnych na zbiórkę zuchów i podlewaniem uschniętych badyli na działce, siedziałam ja sobie na sofie z laptopem na kolanach, czytając jakiś mało ważny, ale wciągający artykuł o przewlekłym śledztwie w sprawie pewnego mordestrwa, kiedy zorientowałam się nagle, ze czas umila mi bardzo przyjemna muzyka.
Zreserowałam więc błyskawicznie świadomość, porzucając głowę i korpus denatki rozrzucone po krakowskich Plantach i odkryłam, że oto słucham własnej córki pierworodnej grającej na pianinie.
Trzy lata ćwiczy. Piłuje, te gamy i pasaże, te urywki utworów po kilka taktów w kółko od nowa, zacina się, zaczyna od nowa, zniechęca, marudzi, wali ze złosci po klawiszach. Trzy lata człowiekowi uszy więdną, głowa napierdziela, i nie nie rozumie, dlaczego się na to godzi, ba, jeszcze musi zachęcić, żeby siadła i ćwiczyła i jeszcze za to płaci… A tymczasem spod jej rąk nagle wyszedł cały, piękny, ładnie zinterpretowany, z dynamicznie użytymi pedałami minuet, kótry był pierwszą w jej karierze pianistki nie rombanką wyuczoną i wystukaną przez dziecko na dwie ręce, ale muzyką zagraną z uczuciem.
Moja.