Kartka z kalendarza (25)

Tydzień na działce odbywam właśnie, w ramach ferii światecznych, to znaczy kopiemy, plewimy, planujemmy, siejemy, sadzimy, przcinamy, grabimy i ogólnie świetnie się bawimy, toteż nie chce mi się wiadomości czytać, ale zdaje się, że w królestwie bez zmian. Teresa Męczennica jak dwa lata temu z hakiem przyjęła na siebie krzyż nieoczywistego zapisania się na kartach historii i obiecała Brukseli, że żadnego brexitu nie będzie, a królowej natomiast, że nie będzie wojny domowej, tak dotrzymuje słowa. Ma za sobą dymisję i przedterminowe wybory, głosowanie o votum nieufności, niezliczone odrzucenia jej projektu, ma po swojej stronie Tuska, który co rusz zwołuje Europę na posiedzenia i przesuwa termin ile się da, i nikt nic nie podejrzewa, Teresa dalej jest u władzy, i skutecznie utrzymuje naród w przekonaniu, że chce, bardzo chce, tylko jest zwyczajnie nieudolna.
W ojczyźnie zaś tej, co mnie na świat wydała, z tego co czytam to oświata strajkuje, a rząd stawia na naturalny bilans przyrodniczy, to znaczy czeka, aż się rodzice już lekko podkurwieni akrobacjami logistycznymi związanymi z opieką nad dziećmi, zorientują, że po strajku szkoła musi zrealizować program nauczania i nadrobić godziny w soboty, albo przedłużyć rok szkolny do połowy lipca, a kto nie przyjdzie, nie będzie klasyfikowany, i rodzice sami strajk rozkurzą.
W domu moim natomiast wydarzenie epokowe kolejne, które odnotować trzeba.
Zbudzilam się ja o siódmej, stwierdziwszy, że lodówka puściuteńka, i nawet ja, mistrzyni wyczarowania śniadania z niczego nie dam rady, wzięłam ze sobą młodsza potomną, lat siedem, która już się zbudziła i nie lubi zostawać sama, i poszłyśmy do osiedlowego po zakupy. Takiego nie najbliższego, tylko tak w centrum dzielnicy, tak z kwadrans spacerkiem. Zostawiłyśmy śpiącej potomnej pierworodnej, lat dziewieć, kartkę na poduszce, że oto jesteśmy w sklepie i wrócimy zaraz i żeby się nie martwiła, i takie tam.
Trza przyznać, że szłam zesrana ze strachu, że się zbudzi, wpadnie w panikę, będzie ryczeć albo co. Bo zostaje sama nie raz, bywa że i  po kilka godzin. Szkolona jest jak i komu drzwi otwierać a kiedy nie. Wie co robić, znaczy do której sąsiadki spierdzielać jakby był pożar, powódź albo inna atrakcja. Wie co wolno jej robić jak jest sama, a czego ma absolutnie zakaz, bo niebezpieczne a nie bedzie nikogo kto pomoże. Ale zawsze jest informowana gdzie i na jak długo wychodzę i pytana, czy zostanie sama. Jeśli się nie zgadza zostać, bo się akurat czegoś obawia, to nie zostaje. Tymczasem pierwszy raz zbudzi się sama w pustym domu z karteczką.
Nie ma co, zakupy na adrenalinie robi się ultrakrótko, a dystans do domu to już biegusiem z tobołami.
Tymczasem pierworodna siedzi w szlafroku przed telewizorem. Twierdzi, że żadnej kartki nie znalazła, ale się nie martwiła.
– Mamo, przecież jakby coś się stało, tobie albo Julce, to bym wiedziała, bo byś mi załatwiła opiekę, zawiozłabyś mnie do cioci Asi, albo do sąsiadki. Ty byś nigdy nie zniknęła bez słowa i nie zostawiła swojego dziecka. Więc wiedziałam, że tylko wyskoczyłyście na chwilę do sklepu, bo lodówka pusta.
Gówniara. Będzie mi pępowonę odcinać. Przecież ja nie jestem jeszcze gotowa.