Kartka z kalendarza (23)

Dziesiąty grudnia anno domini 2018.
W ojczyźnie dobrej zmany w zasadzie nic nowego. Przygotowujący się do abdykacji król namaszcza na swojego następcę aktualnie ulubionego syna. Poprzednio ulubiony, aktualnie marnotrawny syn się buntuje. Naród zajmuje się niezmiennie tym samym od trzydziestu lat, to jest burzy pomniki idoli z poprzednich epok. Epoki sie zmieniają, idole też, hobby narodowe nie. Taka siła tradycji.
W ojczyźnie brexitu gorąco. Teresa May, która dwa lata temu przyjęła na siebie misję udawania, że wypełnia wolę narodu i doprowadza do brexitu, a jednocześnie prowadzenia negocjacji z Europą i polityki wewnętrznej tak, aby naród sam poprosił ją o ponowne referendum i z brexitu się wycofał, odniosła właśnie swój największy sukces, to jest załatwiła z Europą, że Wielka Brytania może się swobodnie wycofać, i załatwiła to rękami Szkocji, więc nie można jej zdrady wobec woli narodu zarzucić. Jednocześnie jednak mocno przeszarżowała z nieudolnością w negocjacjach i załatwiła tak kiepski deal, że nie ma gwarancji, że wkurwiony naród nie wybierze opcji „no deal, no problem” czyli nie wypnie się na Europę na twardo.
Tymczasem ja odnotować muszę, że dnia dzisiejszego, nieuchronny znak czasów w kwestii komunikacji międzyludzkiej zawitał w me progi. Stało się dziś poraz pierwszy, że napisałam wiadomość o treści: „wejdź na ebay i wybierz sobie cover na fon do pięciu funtów i przyślij mi linka” do własnej ośmioletniej córki znajdujacej się w tym samym lokalu mieszkalnym, piętro wyżej w swoim pokoju.