Kartka z kalendarza (20)

Dziewiętnasty maja anno domomi 2018.
Ślub księcia Harrego i Meghan Markle. Sądny dzień brytyjskiej królowej. Po latach tolerowania sekretnych schadzek Karola i Kamili oraz uciszania skandali obyczajowych, które urządzała jej nieszczęśliwa synowa, po tym, jak drugi w kolejce do tronu William ożenił się z dziewczyną z ludu i liczbą posiadanego z nią potomstwa gwarantuje utratę korony przez czystej krwi arystokrację, dziś królowa musiała ożenić kolejnego wnuka, który nie był nawet łaskaw się na tę okoliczność ogolić, z amerykańską mulatką, rozwiedzioną aktorką, w asyście chóru gospel i z amerykańskim kazaniem, w kórym pastor mocno popłynął, a jedyne, co królowa mogła zrobić to zademonstwować dwudziestominutowe spóźnienie. Trudno wyobrazić sobie, co jeszcze mogłoby ją spotkać. Może któreś z prawnuków będzie mieć partnera tej samej płci.
Nie ma innego tematu gdzie się nie obrócić, jednakże ja odnotować w pamiętniczku muszę, że dziś o poranku wzięłam udział w pierwszym w życiu zorganizowanym biegu na pięć kilometrów. Czas miałam mało imponujący, trzystu uczestników przybiegło przede mną, a tylko kilku po mnie, ale dobiegłam do mety, nie zatrzymałam się ani razu, nie miałam kolki ani zadyszki i nie bedę tego odchororywać. Brawo ja.