Kartka z kalendarza (2)

Pierwszy maja anno domini 2016. Międzynarodowe Święto Pracy. Dla polskich obecnych czterdziestolatków dzień wspominania z łezką w oku uroczystych pochodów, białych koszul z aksamitką pod szyją, z kokardami na kucykach tego dnia uczesanych staranniej niż zwykle, wzorowych uczniów idących w pierwszym rzędzie, słońca, podniosłej atmosfery, lub wzdychania, że się tego dnia nie było wypuszczanym z domu bo pochód to zło, i trzeba czekać miesiąc do Bożego Ciała, żeby mieć tę radość wspólnego celebrowania. Tego dnia zawsze myślę, że to takie dziwne, że człowiek nie może przekazać dzieciom swoich wspomnień, że trzeba budować młodym istotom ich własne momenty, które będą ze wzruszeniem pielęgnować w pamięci, i że będą to bez wątpienia zupełnie inne chwile, niż przypuszczamy.
Dziś poraz pierwszy z moimi córkami, lat cztery i sześć, wyszłyśmy z domu na przejażdżkę. Nie, że one na hulajnogach a ja jogging z uporczywym powtarzaniem „wzięłaś hulajnogę to jedź, nie będę jej niosła”. Nie, że one na rowerach, a ja z paczką plastrów za nimi spacerkiem, bo jeżdżenie idzie im jak krew z nosa i przerwacają się pomimo bocznych kółek. Albo wreszcie nie, że ja na moim rowerze a one obie w przyczepce, żeby gdzieś dojechać konkretnie i zrobić piknik, a nie wracać do domu po kwadransie w jękach i bólach. Nie, nie. Dziś poraz pierwszy w naszej wspólnej historii wyszłyśmy się przejechać, jakby nigdy nic, każda na swoim pojeździe. One na hulajnogach, ja na moim rowerze. Pierwszy raz w rozsądnym tempie i bez wpadków dojechałyśmy do placu zabaw, posiedziałyśmy i wróciłyśmy. Każda swoim pojazdem.
Dzieci uczą cierpliwości jednak. Sześć lat na to czekałam.