Kartka z kalendarza (18)

Pierwszy marca anno domini 2018.
Spadł śnieg. Zaczął wczesnym rankiem i w południe było już całkiem biało.
Miasto sparaliżowane. Zamknięte szkoły, sklepy, biura. Jest to zrozumiałe w tej części kraju, gdzie śnieg pada raz na dekadę i utrzymuje się jedną dobę, gdzie ma czegoś takiego jak zimowe opony czy choćby nawet skrobaczki do szyb, a tym bardziej odśnieżarki i piaskarki, ale będąc wychowaną w Polsce trudno mi nie traktować tego z przekąsem.
Niezależnie od wszystkiego, ludność wyległa tłumnie z domów. Wszyscy tarzają się, obrzucają, jeżdżą na czym popadnie, bo sanek też przecież nikt nie ma. Ba! Nikt nawet nie ma porządnego ubrania na taką pogodę. Internet zalała fala zdjęć białego szaleństwa. Bałwan w każdym ogródku, na każdym zakręcie. Szał i szczęście.
A nam się nie chciało. No co ja poradzę. Nie i już. Znajomi patrzą na nas dziwnie. Dobrze, że nie pytają co w takim razie robiłyśmy, bo nie lubię kłamać i musiałabym przyznać, że odpaliłyśmy Justina Timberlake’a na youtube i tańczyłyśmy Feeling w salonie.
Ale nie o tym dziś.
Otóż chciałam wyskoczyć po kilka rzeczy do osiedlowego sklepu zanim mi go zamkną na dobre, i nie mogłam przed wyjściem znaleźć pomadki do ust. Stałam w przedpokoju i przeszukiwałam po kolei kieszenie i torebki, których ilość jak na osobę, która nigdy nie ma się w co ubrać była zaskakujaco frustrująca.
– Noż kurwa! – wyrwało mi się, na co natychmiast w przedpokoju zjawiła sie moja młodsza córka.
– Co się stało mamo? Wszsyko ok? – zapytałą z troską.
– Ok kochanie, dziękuję. Tylko nie mogę znaleźć mojej pomadki do ust – odpowiedziałam nie przerywając czynności i nie odwracając się do niej.
– Proszę, weź moją – usłyszałam po chwili.
Odwróciłam się. Przede mną stał uśmiechnięty blond aniołek. W wyciągniętej rączce trzymała swoją pomadkę.
Więc to już? Pożyczam kosmetyki od córki? Sześcioletniej?