Kartka z kalendarza (16)

Pierwszy stycznia anno domini 2018.
Świat budzi się po Sylwestrze i chwali sukcesem. Fajerwerki, szampan, muzyka, zakochani w swych objęciach, życzenia, wzruszenia. I jeszcze raz fajerwerki i szampan. Tyle zysków. O stratach dowiemy się za kilka tygodni, kiedy do internetu wyciekną informacje o zamieszkach i rozprzestrzenią się na tyle, że demokratyczne media będą musiały je skomentować.
Lokalnie zaś, planowałam zbudzić się o jakiejś normalnej porze, bez kaca i w posprzątanym domu, zjeść nieśpiesznie śniadanie i przed wycieczką do lasu tudzież innymi atrakcjami dnia, planowałam z kawą zasiąść do delektowania się koncertem Filharmoników Wiedeńskich. Nie byłam jednak pewna, czy wzorem lat poprzednich próbować potomstwo me zachęcać do oglądania razem ze mną, co zazwyczaj kończyło się ich znudzeniem, marudzeniem, wierceniem się i kręcenim, doprowadzaniem mnie do szału, i wysyłaniem ich na górę, byle dały mi spokój, czy też w tym roku od razu dać sobie, to znaczy im, spokój.
Plan mój, jak to przy dzieciach bywa, realizował się idealnie tylko do czasu, kiedy to przestał się realizować. Bo otóż dzieci me, lat oficjalnie od dziś prawie sześć i prawie osiem, zrujnowały go, nomen omen, koncertowo, w punkcie artystyczko-kulturalnym, bo oto dnia dzisiejszego usiadły obie, i przez dwie godziny w skupieniu słuchały walców, polek i marszów Straussów. Dodatkowo młodsza zapiała z zachwytu na widok solistów baletu Opery Wiedeńskiej, zrobiła krótki wykład o treści „baletka vs pointa” oraz zażyczyła sobie już tańczyć w pointach bo jest duża. Starsza natomaist zidentyfikowała „Nad pięknym modrym Dunajem” i „Marsz Radetzky’ego”.
Musi, że z „internetów” to wie, bo nie ode mnie.