Kartka z kalendarza (13)

Diewiąty listopada anno domino 2017.
Państwo wybaczą, ale co we świecie słychać, to ja nie wiem, bom w afekcie będąc, endorfinowo-adrenalinowym, zarezerwowała dni temu kilka wczasy na narty w szczycie sezonu w topowym ośrodku, tak więc aktualnie, ażeby afekt ten niefortunny pokryć gotówką, funkcjonuję naprzemiennie w dwóch trybach: „nadgodziny” oraz „padła na pysk”, które to oba stany egzystencji śledzenie informacji ze świata wykluczają.
Lokalnie zaś, mieliśmy święto narodowe 5 listopada i kraj na tydzień ogarnęła doroczna fala fajerwerków, tom i ja bilety na pokaz organizowany przez naszą podstawówkę zakupiła i dzieci zaprowadziła. Festyn bez szału, hot-dogi i świecidełka, ale same fajerwerki trzeba przyznać, na poziomie. A już finał, kiedy salwy strzelały hurtowo i na czas w rytm „Let it go” wydobywającego się z dwóch potężnej mocy głośników i kilkuset nieletnich rozdartych na cały regulator paszczy, naprawdę imponujący. Kto był, ten wie.
Ale co mnie to obchodzi, jak kilka godzin wcześniej, dziecię moje pierworodne przyniosło ze szkoły imienne zaproszenie na uniwesytet, na całodniowe opłacone przez szkołę zajęcia z pisarstwa dla dzieci, które jak określiła moja znajoma, rokują akademicko.
Także panie, panowie, to już oficjalne. Wysyłam siedmio i półlatkę na uniwerek.