Jak żyć? (40)

Kiedy miejscowy uniwerek jest jednym z najlepszych w kraju i w pierwszej setce na świecie*, i dostaje tyle grantów, że już nie wie co ma z nimi robić, więc co jakiś czas organizuje zajęcia jednodniowe dla dzieci w wieku szkolnym. Zaproszenia rozsyła po kilka lub kilkanaście do miejscowych szkół, a kadra szkolna typuje co zdolniejsze dzieci, które się nadają i jakiś pożytek z tego cyrku dla nich będzie. Zajęcia są dla dzieci w wieku od trzeciej klasy w zwyż.
I tak pierworodna moja w trzeciej klase poszła na literaturę, w czwartej na literaturę i na matematykę się załapała, w piątej obecnie znów na literaturę idzie, bo oznajmiła, że bycie dobrym z matematyki nie oznacza, że się ją lubi, tylko że się ją umie, i ona chce iść tylko na literaturę.
Młodsza moja natomiast, o dwa lata dokładnie młodsza, zazdrościła starszej i doczekać się nie mogła, aż będzie w trzeciej klasie i też „pójdzie na uniwersytet”.
No i nastała trzecia klasa, uniwerek zorganizował, zaproszenia do szkół poszły, starsza na literaturę idzie, a ja trzęsę dupą ze strachu, bo owszem, młodsza bystra jest i wygadana, owszem, uczy się dobrze ze wszystkiego jak leci, ale po równo, i na moje oko, poza tańcem, który uprawia poza szkołą, nie przejawia żadnej pasji, zwłaszcza do przedmiotów akademickich, tak jak jej siostra do literatury, wiec obawiałam się, że zaproszenia nie dostanie i będzie płacz i zgrzytanie zębów po dwóch latach czekania.
Więc kiedy już miałam w zasadzie opracowaną całą strategię postępowania i taktykę złagodzenia dramatu, kiedy już tytuły filmów które razem na pocieszenie obejrzymy pochlipując w pościeli z przytulankami miałam skompletowane, przyniosła skubana list ze szkoły.
Że mianowicie we wtorek mam ją zawieźć na zajęcia.
Nie z literatury. Nie z matematyki.
Z „science”, a konkretnie, z „kryminalistycznych metod wykrywania zbrodni”.
O żesz… Ośmiolatkę?

* Dawno nie sprawdzałam więc nie dam sobie ręki uciąć za tę informację, ale jeśli się pomyliłam, to niewiele.