Jak żyć? (39)

Osiemnaście godzin w podróży od wyjścia z domu do zameldowania się w hotelu, cztery godziny snu, ekspresowy spacer po ekstremalnie zatłoczonych Krupówkach, szybki zakup akcesoriów kibica, jak szaliki i namalowanie polskich flag na policzkach, pierogi z bryndzą gdzieś w jakiejś znalezionej cudem reatauracji z wolnym jakimś stolikiem gdzieś w kącie, cztery godziny skakania, tańczenia, klaskania, śpiewania, trąbienia, krzyczenia i szaleństwa w pierwszym rzędzie sektora C, do którego organizator imprezy sprzedaje trzy razy więcej biletów niż trybuny są w stanie bezpiecznie pomieścić, bo nad nim właśnie lata kamera, a taki gęsty tłum dobrze wygląda w telewizji, kiedy Stoch i Kubacki stają na podium w konkursie Pucharu Świata w skokach narciarskich na Wielkiej Krokwii w Zakopanem, kiedy wrzawa pełni szczęscia na chwilę cichnie i cały naród wstaje, zdejmuje czapki i śpiewa Mazurka Dąbrowskiego, łzy wzruszenia leją się ciurkiem, twoje dzieci, płci żeńskiej lat osiem i dziesięć, w których żyłach polska krew płynie, ale serca i mental w stu procentach brytyjsie mają, więc tym bardziej napawa cię dumą, że je czytać i pisać po polsku uczysz, że hymn polski znają i właśnie pełną piersią śpiewają.
Wtedy one nagle odwracają się do ciebie po pierwszej zwrotce i refrenie i patrzą na ciebie z wyrokiem śmierci wypisanym na facjatach. Masz u nich przesrane po całości za to, że one drugiej zwrotki nie znają.
Znowu coś zjebałaś.