Jak żyć? (27)

Kiedy w czwartek, przedostatni dzień szkoły przed feriami wielkonocnymi, łamie cię nagle grypa czy inny wirus i leżysz nieprzytomna na sofie. Do pracy nie idziesz, zakupów nie robisz, na myśl o robieniu obiadu jest ci słabo. Za pięć trzecia wiesz już, że nie dasz rady wstać i odebrać dzieci ze szkoły, więc prosisz koleżankę, żeby odebrała przy okazji odbierania swoich, przeprowadziła przez ulicę i dalej pójdą same. Ona na to, że weźmie je do siebie, a ty odpoczywaj.
Przysyła ci je o piątej, po domowym obiedzie. Młodsza, siedmioletnia, od drzwi rzuca się, żeby ci pokazać plik kartek z zadaniami z matematyki do zrobienia podczas ferii. Słabo ci na myśl o wysiłku intelektualnym, jakim jest zrozumienie jej zadań, sam szelest kartek cię denerwuje, a głos dziecięcia wyprowadza z równowagi. Odsyłasz obie na górę, tłumacząc, że jesteś dziś chora, chcesz mieć spokój, mają same zrobić sobie kanapki, wziąć prysznic, przebrać się w piżamy. Nie muszą nic dziś robić, byleby dały ci spokój.
Zajmują się więc same sobą na górze, same robią sobie kolację i same kładą się spać. W trakcie wieczoru młodsza jeszcze raz pojawia się w drzwiach z plikiem kartek, ale od progu mówisz jej, że nie dziś, że jutro.
Rano czujesz się dobrze, więc budzisz dzieci, robisz śniadanie, kawę. Wszystko normalnie. Potomne schodzą z góry ubrane, przynoszą swoje szkolne torby, siadają do stołu. Młodsza ma w ręce plik kartek.
– Julia, nie teraz. Nie rozumeisz dziecko, że masz na to całe ferie? Ponad dwa tygodnie. Zrobimy to razem, obiecuję ci, ale przestań mnie molestować o to teraz, jak za trzy minuty trzeba wychodzić do szkoły. Teraz nie jest czas na to. Czy ty nie potrafisz tego zrozumieć?  – wybuchasz.
– Ale ja tylko chciałam ci pokazać, że już wszystko zrobiłam…