Jak żyć? (23)

Kiedy po trzech sezonach pakowania dzieci w samolot i stawiania instruktorom narciarstwa na stokach do nauki, po kilka godzinek dziennie przez kilka dni, i patrzenia jak piłują na tych orczykach góra-dół, góra-dół, przyjeżdżasz w końcu czwartego sezonu, nie wynajmujesz nikogo, bierzesz sprzęt do auta, parkujesz pod Skrzycznem i myślisz: „Raz kozie śmierć, trzy lata na to czekałam, inwestowałam, teraz czas na jeżdżenie rodzinne, przez las, długimi trasami, dla przyjemności, bez słuchania „narty szerzej, pupa wyżej, do przodu się pochyl”, z przystankami żeby pooglądać widoki, napić się gorącej czekolady i wreszcie się tym cieszyć, i dziś nadszedł ten dzień”.
Tak realnie, to spodziewasz się strachu, narzekań, płaczów, bo daleko, stromo, wysoko, oblodzone, wyjeżdżone, kamienie, korzenie, ludzie szybko jeżdżą, i ogólnie spodziewasz strasznej rozpierduchy i odmowy współpracy po której zjeżdżacie na dół kolejką. Ale i tak chcesz spróbować.
Podchodzisz do kasy, nieśmiało kupujesz bilet na jeden wjazd na górę.
Pięć wjazdów później orientujesz się, że taniej było kupić karnety na cały dzień.