Jak zostałam Januszem w klapkach

– Ale ty wiesz, że jak chesz po tych Tatrach pochodzić, to musisz o szóstej wyjeżdżać z hotelu a o siódmej być już na szlaku, żeby zdążyć przed plagą Januszy w klapkach? – zatroskała się przyjaciółka, kiedy kilka dni temu żegnała mnie przed wyjadem do Polski.
– Tak wiem – odparłam zgodnie ze stanem swojej wiedzy.
Tak też zrobiłam. Na pierwszy rzut musiało pójść Morskie Oko. No musiało. Bez tego wakacje niezaliczone przecież.
A Bóg mi świadkiem, że staram się tam dotrzeć od kilku lat. Dwa razy już w zimie, będąc na nartach w Bukowinie, byłam gotowa do zimowego ataku na Morskie Oko. Z odpowiednim obuwiem, raczkami, odblaskami, czołówkami, jakby w ramach przygody zastał nas na ostatnim kilometrze zmrok. I jednego roku dziecię młodsze mi się na nartach pochorowało, dwa dni jeżdżenia mi wypadły, i potem mi ich brakło, więc kiedy na koniec stanęłam przed wyborem, czy podreptać pieszo do Morskiego Oka czy jechać na narty na Kasprowy, wybrałam to drugie. Rok później trafiłam na zimę stulecia i trasa do Morskiego była zamknięta z powodu zagrożenia lawinowego. Także obecne, dla odmiany letnie zdobycie Morskiego jest trzecim naszym podejściem i jest absolutnie nieodwołalne. Dziecię me młodsze, siedmioletnie, od miesiąca o tym gada, ogląda zdjęcia schroniska w internecie, i produkuje hurtowo rysunki na których widnieje cała nasza trójka nad Morskim Okiem. Także nie ma innej opcji.
Tak więc w trzecim dniu pobytu na wakacjach zerwałam się z łóżka o szóstej, o siódmej ruszylam z parkingu na szlak. Wraz ze mną ogromna liczba osób, które albo miały w planach iść dużo dalej niż my, albo chciały pójść jak my, spokojnie, zanim zleci się niekontrolowany tłum.
O siódmej trzydzieści, kiedy nie dotarłyśmy jeszcze nawet do Wodogrzmotów Mickiewicza, grzmotnęło nam piorunami i wodą prosto z nieba. Nie, żebym miała problem z deszczem, bo nie mam, w końcu naturalizowaną Brytyjką jestem, ale to było oberwanie chmury. Wyposażone w odpowiednie ubranie, naprawdę dobrej jakości, w pół godziny byłyśmy przemoczone do suchej nitki, z majtkami włącznie. Z wielkim żalem, jako jedne z ostatnich spośród kilkudziesięciu najbliższych współtowarzyszy, zawróciłyśmy do samochodu. Miałysmy jakieś tam ciuchy na zmianę, ale dzieciom całkowicie przemokły buty, bo woda lała się strumieniem po asfalcie, a ich buty na dobrą pogodę i leciutki deszczyk były, nie na brodzenie w wodzie po kostki, więc wróciłyśmy do pensjonatu.
Przebrałyśmy się, i kiedy po kilku godzinach pogoda trochę się poprawiła, udałyśmy się na Krupówki i Gubałówkę.
Tam, będąc obuta w klapki, stanowiące jedyne suche buty jakie mi zostały, kręciłam się z potomnymi pomiędzy trampolinami, goframi, parkiem linowym, kręconymi ziemniaczkami, maskotkami, lodami, tatuażami, oscypkami i co tam nam jeszcze wpadło w oko.
Przeznaczenia nie zmienisz. Jak ci pisane być Januszem w klapkach, to będzizesz.