Jak wybrać się na wakacje życia – instrukcja przydługa i chaotyczna, ale lepszej nie będzie

1. Po pierwsze, trzeba mieć przyjaciółkę, która rzuca faceta i stwierdza, że teraz będzie robiła wszystko, czego przez ostatnie lata jej się nie udało zrobić, bo jakoś jemu ciagle nie pasowało i się nie dało. „A ty będziesz to wszystko robiła ze mną” – rzuca do ciebie i w ten sposób dowiadujesz się, że jedziesz na wakacje do Szkocji, które tobie samej nigdy w życiu nie przyszłyby do głowy.
(Potem okazuje się, że rzuciła faceta nieskutecznie, więc całe wakacje do siebie wydzwaniają, ale plan pozostaje bez zmian, i jedziecie we dwójkę.)

2. Zaczynacie od Edynburga, bo tam jest ten zamek, który w ogóle was nie interesuje, ale trzeba go zaliczyć, bo wszyscy tak mówią, więc miejmy to od razu z głowy. Zamek okazuje się zajebisty, jesteście oczarowane, łaziecie po nim ponad trzy godziny i robicie pierdylion zdjęć, bo pogoda o dziwo dopisuje. Z zamku idziecie na Royal Mile, czyli taki deptak dla turystów, z dziesiątkami kafejek, sklepów z pamiątkami, i zatrzęsieniem ulicznych performerów i grajków, bo w sierpniu w Edynbudru jest ich festiwal. Zauważacie, że w starym mieście, które się zwiedza, nie ma współczesnego życia bieżącego, bo ono odbywa się gdzie indziej, i bardzo wam sie podoba fakt, że nikt się tu nie śpieszy, nie jest zestresowany, zabiegany, wszyscy są na wakacjach i wyluzowani.
Wstępujecie też na seans Edinburgh Dungeon, bo miałyście darmowe bilety z gazety, i macie mieszane uczucia; to znaczy dzieci byście tam nie zabrały, same drugi raz też nie poszły, ale w sumie, warto było taką atrakcję raz zaliczyć.
Zjadacie swojskie lokalne szkockie danie w pubie i wracacie na swój kemping w Linwater.

3. W nocy pada rzęsisty deszcz, więc o szóstej rano budzi cię boksowanie kół zaparkowanej obok pachnącej nowością rocznej VW Californii, która zapadła się w błocie, a dwie podróżujące nią Holenderki muszą ją oddać do pobliskiej wypożyczalni i za trzy godziny mają samolot. Godzinę trwa zaczepianie zbudzonych już w pobliskich namiotach i kamperach turystów, i proszenie ich o pomoc. Kiedy jest was już około sześcioro, koła w błocie do połowy felgi, wszyscy znawcy już wypróbowali podłożyć kamienie, wycieraczki i dywaniki, samochód ani drgnie a dziewczyny coraz bardziej nerwowe, pojawia się ktoś z terenówką, że niby wyciągnie Californię na holu. Po ogólym „hura!, hura!” następuje półodzinne szukanie metodą wzrokową i macaniem ręcznym, gdzie California ma hak. Nie ma. Dziewczyny wydzwaniają do wypożyczalni, żeby się dowiedzieć, ale jeszcze nieczynna. Szukają w google i na youtubie, ale w nerwach nic nie znajdują. Wtedy na scenę wkracza Asiulka, twoja towarzyszka podróży. Wkracza cała na biało, w piżamie i klapkach, z włosem rozczochranym, gębą skrzywioną, wściekła, że o świcie taki hałas koło namiotu. Od niechcenia rzuca, że California ma w zderzaku zaślepkę, się ją ściąga, i wkręca się hak, który musi być w schowku z tyłu. Następnie ziewając udaje się do toalety.

4. California szczęśliwie odjeżdża, a wy udajecie się na drugi dzień wycieczki po Edynburgu. Zaliczacie Arthur’s Seat, czyli niewielką górkę która znajduje się na obrzeżach miasta. Idzie się na nią jakieś pół godziny, szlakiem górskim po kamieniach. Ze szczytu ogląda się panoramę miasta. No ładna, ale szału nie ma, bo my podróże lubimy, sporo widziałyśmy i doszłyśmy już do punktu w życiu, że nie wszystko nas zachwyca, i w dupie mamy, że nie wypada się nie zachwycać. Zadowolne jesteśmy, że nie pada, tylko wieje, bo w Szkocji to fart. Na szczycie Asiulka rzuca ni w pięć ni w dziesięć, że poszłaby chętnie do sauny się wygrzać, bo dawno nie była. Czyli jakieś cztery dni w jej przypadku.
Schodzicie ze szczytu i parę kroków macie do Pałacu Holyrood, czyli Szkockiej siedziby królowej. Macie tam zamiar rzucić okiem na to, czego brakowało wam w zamku wczoraj, czyli pokoje użytkowe z meblami. Kolejka do biletów na kwadrans. Kolejka z biletami do wejścia na dwa następne. No nie chce wam się. Rozglądacie się za kiblem, bo to jakby chwilowo bardziej istotne jest. Dokładnie za wami, po drugiej stronie ulicy stoi budynek, który tobie podoba się architektonicznie, bo jest nowoczeną konstrukcją ze szkła, betonu i drewna. Przyglądasz się i ze zdziwieniem stwierdzasz, że to budynek szkockiego parlamentu, i że można go sobie wejść pozwiedzać, posiedzieć na galerii dla widzów, a ciebie takie atrakcje jarają na całego. Dodatkowo Asiulka, która ma większą wadę wzroku niż ty i musi zakłądać soczewki codziennie, w efekcie czego widzi lepiej niż ty, bo tobie ciągle się jeszcze wydaje, ze widzisz dobrze i dasz rade bez szkieł, no więc Asiulka wypatruje, że w budynku parlamentu aktalnie jest wystawa World Press Photo.
„Pieprzyć meble królowej” – stwierdzacie i idziecie na wystawę i zwiedanie parlamentu.
Po południu wsiadacie w auto i udajecie się w kierunku Loch Ness, które jest waszym punktem numer dwa na trasie.
O siódmej, kiedy już macie dość jazdy, znajdujecie pierwszy lepszy kemping w Inverness, gdzie oczywiście nie ma już miejsc, jak na poprzednim zresztą, ale jak się dobrze uśmiechniecie do chopaka z obsługi, to gdzieś was wciśnie na jedną noc na jakiś trawnik obok pryszniców. Rozkładając namiot zauważacie, że za płotem z dużego budynku wystają kolorowe rury, takie jak zjeżdżalnie… W parku wodnym! Ze spa! Wieczór spędzacie grzejąc tyłki w saunie i mocząc je w jacuzzi.

5. Rano zbieracie się i jedziecie nad Loch Ness do Drumnadrochit. Kupujecie bilet na rejs po jeziorze na małym, kamaralnym stateczku na kilkanaście osób. Słuchacie opowieści o jeziorze, jego głębokości, kubaturze, badaniach prowadzonych, żeby je zbadać, o ruinach zameczku, który mijacie, o potworze, który jest oczywiście mistyfikacją, ale niegroźną, więc skoro nabija kasę, to niech sobie żyje swoim zyciem. Widoki w porządku, wszystko fajnie, ale jakoś macie wrażenie, że znowu szału nie ma, że przereklamowane to jak Stonehenge conajmniej. „Zaliczyło się raz i wystarczy” – stwierdzacie i wsiadacie w samochód, żeby udać się w kierunku wyspy Skye.

6. Droga na Skye wiedzie przez doliny Great Glen i Glen Shiel.
Jest to najpiękniejsze miejsce na ziemii jakie dotąd widzałyśmy. Amen.
Nie mamy stamtąd zdjęć. Nie było sensu robić. Nie da się. Nie da się oddać nawet pięciu procent tego co ma się w głowie i w sercu jak się tam jest.

7. Wjeżdżacie na Skye mostem, który jest prosty i piękny i znajdujecie pierwszy lepszy kemping, czyli akurat Sligachan. Widoki są zachwycające, co już was w ogóle nie dziwi.

8. W nocy jest burza. Szkocka burza. Doświadczenie, które potwierdza, że nie trzeba było wydawać majątku na porządny namiot, bo twój z Lidla za 24,99 poszedł w srzępy tylko pół godziny wcześniej niż pozostałe na polu namiotowym.
Przy odrobinie sprytu i nie mając chwilowo innego wyjścia, dochodzisz do wniosku, że osobowy samochód jest bardzo wygodnym kamperem dla dwóch osób.
Zainteresowanych zapraszam na autorskie szkolenie z zakresu: Jak w Peugeocie 307 rozłożyć na płasko dwie pełnowymiarowe samopompujące karimaty.

9. Rano suszycie się i zwiedzacie wyspę. Skye to takie miejsce na ziemii, gdzie ludzie wiedzą, że jest XXI wiek, internet, gps, i inne takie, i mają to głęboko w dupie. Żyje sie tam nieśpiesznie i spokojnie. Wsie składają się z kilku domów oddalonych o kilkaset metrów. Młoda kobieta obsługująca cię na kempingu poza sezonem pracuje w szkole. Uczy pierwszą, druga i trzecią klasę. Razem siedmioro dzieci. Jej koleżanka z pracy uczy ósemkę dzieci, czyli klasę czwartą, piątą i szóstą. I to by było na tyle. Cała szkoła. Masz wrażenie, że znalazłaś się w rzeczywistości „Dzieci z Bullerbyn”. Zajebiście.
Zaliczyłyśmy po kolei:
– The Storr, czyli skały sterczące z trawy, jak każda inna skała na wyspie, ale te się zwiedza szczególnie, to zwiedziłyśmy,
– Lealt Falls, czyli wodospad, taki jak dziesiatki innych co kikaset metrów, ale te są jakieś widać insze, znaczy, ze parkimg do zwiedzania mają,
– Kilt Rock, pukt widokowy, jakich tam wiele, oczywiście widoki piękne,
– Slipway Beach w Staffin Bay, czyli zatoczka której nie ma w przedodnikach, ale tam się nam podobało, to wpadłyśmy,
– ruiny zamku Duntulum, których nie ma, bo ich nie znalazłyśmy, pewnie się całkiem rozpadły, ale 0rpzewodniki jeszcze o tym nie wiedzą,
– skansen jakiś przy drodze przypadkowo spotkany, ale nieczynny,
– Uig, brzydka portowa wieś.
Nocleg na przypadkowm jak zwykle kempingu. Kinloch Campsite w Dunvegan.

10. Kolejny dzień:
– Zamek w Dunvegan, do którego nie weszłyśmy, bo nie. Nie spodobało sie nam, że trzeba kupić bilet w bramie która szczelnie zasłania widok i nie widać co się będzie zwiedzało. Miałyśmy też chyba dość zamków po prostu,
– Droga z Dunvegan do Coral Beach – cudna, jak z bajki,
– Coral Beach, czyli plaża, która wygląda jak piaszczysta, ale to jest drobno zmielony przez naturę koralowiec,
– Olałyśmy latarnię i kolejny punkt widokowy, bo deszcz już padał i ogólnie miałyśmy dość chyba.
Zjechałyśmy z wyspy tym samym mostem, którym wjechalyśmy i przez Glen Shiel, tym razem w deszczu, udałyśmy się do Fort William i znalazłyśmy kemping. Tym razem Lochy Holiday Park.

11. W Fort William spędziłyśmy dwa dni. Pierwszego udałyśmy się pod Ben Nevis, gdzie zaczyna się szlak na najwyższy szczyt Szkocji i całej Wielkiej Brytanii i dolina u jego podnża, Glen Nevis. Szczytu nie miałyśmy zamiaru zdobywać, bo ani butów, ani kondycji jakoś ze zobą nie zabrałyśmy, a z doliny wygoniła nas kolejna potworna ulewa.
Udałyśmy się więc na dworzec kolejowy i zakupiłysmy bilet do Malaig, ta i z powrotem, żeby rpzejechać się po wiadukcie w Glenfiniann. Przejechałyśmy się, wróciłysmy i pojechałysmy spać.

12. Na kempingu poznałysmy urocza starszą panią, która podróżowała sama z psem. Wcześniej rpzez ponad czterdzieści lat podróżowała z mężem i sżóstką dzieci. Teraz ma wnuki i prawnuki, mąż opiekuje się nią z góry, a ona podróżuje dalej. Była spokojną, dostojną, przyjazną skarbnicą wiedzy, która wdziała w nas siebie sprzed czterdziestu lat. Wypytywałyśmy ją, gdzie jechać z dziećmi, gdzie bez dzieci, gdzie jaka pogoda, jaki stopień trudności na szlakach. Było w tym wieczorze coś magicznego.

13. Następny poranek w Fort William spędziłysmy na sformułowaniu i udowodnieniu tezy, że liczba okrążeń ronda samochodem przez kierowcę jest wprost proporcjonalna do liczby urządzeń nawigacyjnych, którymi dysponuje pilot, oraz odwrotnie proporcjonalna do średnicy ronda.

14. Kiedy już zrealizowałyśmy się naukowo, udałyśmy się do Glenfiniann, żeby wiadukt, po którym wczoraj jechałyśmy, zobaczyć z dołu. Nie było miejsc na parkingu, więc zaparkowałyśmy dalej, pod małym kościółkiem.
Kiedy wróciłyśmy z oglądania wiaduktu, za wycieraczką zanalazłyśmy świstek papieru. Myśląc, że to mandat, rzuciłyśmy sie na niego, ale okazało się, że ulotka informacyjna kościółka, który po zwiedzaniu wiaduktu zaprasza wszystkich do chwili refleksji w swych murach.
Poszłyśmy. Nic tam szczególnego nie było do zwiedzenia. Wszsytko takie zwykłe. A w dodatku ja z tych trzymających się od kosciołów z daleka i nie modlących się, ale coś nas tam trzymało, i tak sobie siedziałysmy tam z niewytłumaczalnej przyczyny około kwadrans.
– Jest równo pierwsza. Zrobiłyśmy plan na dziś, kierujemy się na południe w stronę domu i jedziemy ile ujedziemy a potem szukamy noclegu, ok? – zapytała, a raczej oświadczyła Asiulka, kiedy wróciłyśmy do samochodu.
Przytaknęłąm i ruszyłyśmy.
Dwieście metrów dalej stanęłyśmy w korku. Nie przesuwał się. Stał. Chwilę później nadjechała grupa harleyowców i informowała wszystkich, że droga jest zamknięta na kilka godzin. Zawróciłyśmy, objechałyśmy jezioro, przedostałyśmy się do Fort William promem i pognałyśmy na południe.
Tego dnia późnym wieczorem sprawdziłyśmy w necie, że w Glenfinian koło wiaduktu miał miejsce wypadek z udziałem pięciu samochdów, w tym jeden kamper. Pięć osób rannych, jedna ofiara śmiertelna. Trzy samochody straży pożarnej, kilka karetek, dwa helikoptery. Wypadek wydarzył sie o 12.45.

15. Dolina Glencoe po drodze. Trzy Siostry. Piękne, niesamowite. Ale pierwszego wrażenia po Great Glen i Glen Shiel nie zmazały.
Potem jeszcze punkt widokowy Rannoch Moor.

16. Prując na południe Asiulka oświadczyła, że wszystko na tych wakacjach było npawde super i jedyne czego jej brakuje, to że z lokalnych potraw nie spróbowała zupy rybnej, bo wszystkiego innego owszem tak, oraz że nie miałyśmy okazji posiedzieć i poimprezować do nocy w jakimś szkockim pubie tradycyjnym, bo zawse musialysmy jechać gdzieś na jakiś kemping żeby zanocować.
Godzinę później, przy tasie, zatrzymałysmy się przypadkowo zupełnie, przy fajnym, bo starym kamiennym budynaku. Miał trzysta lat, był drugim najstarszym pubem w kraju, serwował lokalne dania, folkową muzyką na żywo i miał wolny jeden ostatni pokój na piętrze.
Lepszego zakończenia tej podróży nie mogłyśmy sobie wymarzyć.

Uwagi końcowe, przypisy i takie tam:
– Nazwy kempingów zapisuję wyłącznie, żeby pamiętać, gdzie spałam i gdzie MI się podobało a gdzie mniej. Niczego nie polecam, niczego nie odradzam. Kwestia wymagań co do komfortu noclegów w podróży jest indywidualna dla każdego.
– Pozostałe wymienione miejsca, nazwy geograficzne i obiekty, które zwiedzałyśmy mają swoją historię, którą trochę poznałyśmy od przewodników albo z netu, ale nie przytaczam jej celowo, żeby nie przynudzać. Jak kogoś interesuje, ma google.