Jak przechytrzyć rodzica

Pamiętam jak dziś sytuację, kiedy miałam osiemnaście lat i pierwszy raz wybierałam się pod namiot z chłopakiem. Matula moja, która nigdy wcześniej nie widziała potrzeby przeprowadzenia ze mną rozmowy o pszczółkach,  postanowiła ekspresowo nadrobić zaległości.
– Dziecko, ja się obawiam jak ty będziesz spać pod tym namiotem – zaczęła niepewnie.
– Nie panikuj. Lato jest, śpiwór mam porządny, dres, skarpetki. Nie zamarznę – odpowiedziałam i miałam spokój.
Stosowałam tę taktykę – sugerowania poziomu naiwności własnej na poziomie, na którym rodzicowi odechciewa się kontynuować temat – dość często i z powodzeniem. Głównie w sprawie niewygórowanych ocen i takiej też frekwencji na zajęciach w liceum.
Przpomniała mi dziś o tym moja młodsza potomna, lat trzy, kiedy przyprowadzona z przedszkola i posadzona nad talerzem zupy robiła wszystko, tylko nie jadła.
– Julka, jedz dziecko zupę. Skup się – powiedziałam do niej krzątając się po kuchni.
– Kupsię? – powtórzyła.
– Skup się. Wiesz co to znaczy? Po angielsku „focus” – powiedziałam, bo czasem zanim zacznę tłumaczyć, wystarczy podać angielski odpowiednik, i wie. – Ben w przedszkolu mówi do was „focus”?
– Nie. Ben nie „fokus pokus”, Ben mowi „abracadabra” – powiedziała cwaniara i pozostawiwszy mnie w zadumie zwiała na piętro. Zupy nie zjadła.
To już? Czy przypadek?