Ironia

Siedzę ja sobie dziś po południu w moim salonie i cieszę się spodziewanymi dwoma kwadransami nic nie robienia i kontemplowania promyków słońca wpadających przez okno i rozświetlających moje jakże oryginalne ściany w kolorze magnoli, oraz białą skórzaną sofę, przerobioną przez potomstwo długopisem na edycję limitowaną, gdyż udało mi się trójkę dzieci wyekspediować do trampoliny w ogródku, a powrót do domu zabarykadowałam im stołem z kredkami i kolorowankami oraz miską ciastek.
Siedzę tak i rozmyślam, jakby tu zgrabnie ująć w słowa na blogu historyjkę o tym, jak to poszłam kibicować pierworodnej mojej, lat pięć, na szkolnym dniu sportu, podczas którego pomiędzy konkurencjami nagle zauważyłam z trybun dla rodziców, że została przebrana od pasa w dół w jakieś dyżurne ciuchy. Jak to w duchu myślałam: „co za sierota, nie umiała powiedzieć, że chce do toalety i się zlała”, i jak to odbierając ją z placówki później dowiedziałam się, że ją przebrano, bo niechcący usiadła w wiadrze z wodą do picia dla dzieci. I jak to myślałam w duchu potem, że już chyba lepiej, jakby się fajtłapa zlała.
Bo jak napiszę szczerze, z właściwą sobie ironią, a dziecię za czas jakiś, (z raportu po pierwszym roku w szkole sądząc – nawet w obecnej dekadzie), zacznie czytać płynnie, i przeczyta sobie blog rodzicielki,  i nie chwyci ironii, bo jak wiadomo, dzieci nie chwytają, biorą wszystko dosłownie, to dziecię traumę nabędzie, że rodzicielka się napiernicza.
Siedzę i myślę, że chyba mi blog obumrze naturalnie, bo od dwóch tygodni mam prawie codziennie coś fajnego do napisania, i codziennie ten sam dylemat mnie powstrzymuje, gdy tymczasem pierworodna wchodzi do salonu ciągnąc za rękę swoją przyjaciółkę ze szkoły, którą zaprosiła dziś na salony.
– Mamo, możemy posadzić te roślinki w ogródku, które są przygotowane do sadzenia? – pyta.
– Nie skarbie, nie mam dziś siły. Jutro, dobrze? – odpowiadam.
– Ok – mówi i dalej zwraca się do koleżanki. – If my mum says no, better not argue, cuz she is very good in shouting to us* – tłumaczy.
No niedaleko pada jabłko. Niedaleko.

* Jak mama mówi, że nie, to lepiej nie dyskutować, bo w krzyczeniu na nas mama nie ma sobie równych. (Tak mniej więcej, w wolnym tłumaczniu.)