Intuicja

Nie, żebym była leniwa, po prostu zuchwale uważam, że moja intuicja lepiej moje dzieci wychowa, niż poradniki. Dlatego żadnego jeszcze nie przeczytałam.
Tak więc na intuicję właśnie, od urodzenia mówię do potomkiń moich po polsku, bo jest to jedyny język, w którym potrafię naturalnie wyrazić emocje, zarówno te „kocham cię skarbeczku mój”, jak i „załóż do cholery te papcie!” Telewizję natomiast włączam im po angielsku.
Efekty są zadowalające. Każda w wieku dwóch lat poszła do przedszkola, gdzie bez problemu się komunikowała. Obie mówią w obydwu językach bez akcentu. W zasadzie. Bo czasem słyszę w ich polszczyźnie angielską melodię zdania. Ale przyganiał kocioł garnkowi, bo moja polszczyzna ma zaśpiew śląsko-lwowski, tak akurat wyszło.
Ponadto starsza w szkole nie zakwalifikowała się na zajęcia dodatkowe dla dzieci, dla których jezyk angielski jest drugim językiem. W zasadzie, dopóki ja się w szkole nie pojawię i gęby nie otworzę, to nikt nie podejrzewa, że dziecina nie jest Brytyjką z dziada pradziada.
Czyli chyba jak na razie idzie nam dobrze.
Tymczasem nadszedł moment, kiedy dzieciom łatwiej i wygodniej jest mówić po angielsku, bo zwyczajnie mają większy zasób słów.
„Czas na kolejny etap, musimy wzbogacić polszczyznę” pomyślałam wczoraj wieczorem, i niezwłocznie przystąpiłam do działania. Poskakałam po kanałach i znalazłam „bajkowa coś tam”. Jest. Super. Zawołałam dzieci.
– Dziewczyny, dziś na dobranoc bajki dla dużych dzieci, z polskiej telewizji. Super, prawda? – zaproponowałam.
– Hura! – ucieszyły się i zasiadły na sofie.
Przez godzinę gapiły się w telewizor. Obejrzały sześć odcinków „Reksia” i dwa „Bolka i Lolka”.