Interpretacja

Podczas mojej równie mozolnej, co nieudolnej próby rozkrecenia jednoosobowej firemki dekadę temu, moja relacja z urzędem skarbowym była zawsze klarowna. Ja zawsze zalegalam z opłatą, przeważnie podatku od pieniędzy, których jeszcze nie zarobiłam, ‚oni’ słali ponaglenia i tak się kręciło do czasu, kiedy postanowiłam załatac tę dziurę kilkoma tygodniami intratnej emigracji na zmywak. Jak dziś wiadomo, na angielski zmywak nie trafiłam, trafił i się za to angielski paszport, dwoje dzieci i kilka innych przygód, i tak to się kręci. Pamiętam jednak bardzo dobrze te wieczorne grille w towarzystwie aspirujących młodych wilkow, te niezliczone opowieści o przepychankach z urzędami, o tym jak trzeba z ‚nimi’ grać, żeby wyjść na swoje, że zawsze trzeba żądać wszystkiego na piśmie z imiennym podpisem pracownika urzędu, bo przepisy są niejasne, a ich interpretacja może się zmienić, bo zależy od widzimisie urzędnika.

A przypominało mi się to dziś, kiedy rano krzatalam się po kuchni a dzieci rozwlekaly zabawki po salonie. W pewnym momencie uznalam, że jest ich juz za dużo i kazalam posprzatac. Zabrały się za to z ochotą, więc wróciłam do kuchni. Pięciolatka przyszła jeczac, że uderzyła się w nogę.

– Usiądz na sofie, pomasuj, zaraz przejdzie – powiedzialam.

Poszła do salonu.

– Mam siedzieć i patrzeć jak sprzatasz – zakomunikowala siostrze.

Na prezesa ZUS-u ją. Jak nic.

 

PS. Ja wiem, że się źle czyta. Jeszcze trochę. Są szanse, ze w maju komputer mi ozdrowieje i będę mieć normalna klawiaturę, a literowki wrócą do normy tak po jednej na linijkę, nie na wyraz.