Internet

Wczoraj tak zwana parentingowa część polskiej blogosfery zarzuciła swój niezniszczalny dyżurny pretekst do wszczynania jatek, czyli temat szczepień na korzyść wschodzącej gwiazdy wsród nierozstrzygniętych tematów wiecznie żywych, jakim jest naruszanie prawa do prywatności dzieci przez ich własnych rodziców umieszczających zdjęcia tychże dzieci w internecie.
Rozgorzały dyskusje, posypały się argumenty i wizje, jak to dzieci z traumą z powodu upublicznionego od pierwszego dnia życia wizerunku skarżą swych rodzicieli do sądów, jak to potentaci internetowi mozolnie usuwają te zdjęcia z serwerów.
Internet wrze, Google narzeka na dodatkową robotę, prawnicy zacierają ręce. A ja mam inny dylemat.
Bo otóż ja zdjęć swoich dzieci nie zamieszczam. Nie umiem jasno powidzieć dlaczego, ale mam, przynajmniej jak dotąd, jakieś wewnętrzne przekonanie, że lepiej nie.
Ale za to piszę. A dzieci rosną, rozumieją, istnieje uzasadnione przypuszczenie, że będą umiały w przyszłości czytać i może im się nie spodobać, że matka upubliczniała informacje, że na przykład cztero i pół latka nadal śpi w pampersie, a dwu i pół latka z gołym tyłkiem, nie?
Toteż rozbita bywam wewnętrznie: pisać, nie pisać, będą miały traumę, czy nie, będą mnie do sądu skarżyć, czy nie będą?
Ale dziś starsza moja potomna rozwiała wszelkie me wątpliwości. Wracałyśmy właśnie do domu.
– Mamo, a dziś w szkole ja byłam na wycieczce w pet shop*. I widziałam rybki, i hamsters** i turtles***. Ty wiesz turtles mamo? One mają takie krótkie szyje i mogą wciągnać głowę do muszelki, jak snails****. Pamiętasz, ja miałam kiedyś taki turtle zabawkowy, i go gryziełam, bo ja wtedy byłam mała i lubiłam wszystko gryziełać. I ja miałam wtedy jeden lat, i nie było Julki, bo ja byłam pierwsza i ja wyszłam z brzuszka siusią, a Julka była druga i wyszła z rozciętego brzuszka, bo Julka nie chciała wyjść sama.
Także luz. Nie będzie mnie skarżyć. Sama wszystko wszystkim rozpapla.

* sklep zoologiczny
** chomiki
*** żółwie
**** ślimaki