Instrumentalistka

Podobno wśród współczesnych adeptów medycyny najwięcej jest instrumentalistów. Bo podobno tym, którzy w dzieciństwie przeszli przez rygor żmudnych, wielogodzinnych ćwiczeń gam i pasaży, zamiast wisieć na trzepaku i kraść jabłka z działki sąsiada, łatwiej wyrzec się studenckiego życia na rzecz zakuwania, więc łatwiej te studia kończą.
Idąc tym tropem stwierdzam więc, że kilkudziesiątysieczny kredyt do spłacenia za studia na akademii medycznej, to nie jest to, z czym wkroczy w dorosłe życie moje sześcioletnie dziś, młodsze dziecię. Uczy się gry na pianinie od września. Nauczyciel ją chwali, że ma dryg i bystra, bo ogarnia, mimo, że leworęczna. Ale jakbym zarabiała trzydzieści funtów na godzinę, też bym każdego ucznia chwaliła.
Tymczasem dziecię moje na pianinie rozwija umiejętności, które jak na razie sugerują, że na żadne studia nie pójdzie, bo dużo wcześniej założy kantor wymiany walut lub inny skup złota, gdzie będzie wyłącznie kombinować.
Wstała w niedzielny, leniwy poranek, ubrała się, zęby umyła, zeszła na dół, kazała sobie zapleść warkocze i wiedząc, że nie ma co pytać o xbox albo TV, póki nie odwali ćwiczeń na pianinie i czytania po polsku, usiadła do instrumentu.
Zaczęła na rozgrzewkę od utworu, który zna od dawna i gra go przez to dość byle jak, żeby nie powiedzieć niechlujnie. Słyszałam to z kuchni mieszając owsiankę w rondelku, i jak zwkle miałam dylemat, czy ją upominać, czy dać spokój, bo to nie ja jestem jej nauczycielem. Ba, ja w ogóle nut nie czytam, i na niczym nie gram, więc wolę się nie wtrącać. Jednak kiedy grała trzeci raz, i trzeci raz zacięła się identycznie oraz w tym samym momencie przyspieszyła, zajrzałam do salonu.
Siedziała przy pianinie i kartkowała książkę, a utwór grał się sam, uprzednio przez nią nagrany.
Owsianka mi się tam w kuchni przypalała, więc się powstrzymałam od matkopolskiego wykładu czy awanturki.
– Julka, oszukiwać też trzeba umieć. Nagrałaś to z błędami, zmiennym tempem, od razu słychać. Jakbyś nagrała wersję zagraną idealnie, to co innego – powiedziałam jedynie i wróciłam do kuchni.
Wydawało mi się, że dziecię ze mnie zrodzone, pod moim dachem i przeze mnie chowane, ironię powinno łapać, a nie brać dosłownie. No, ale się pomyliłam.
Tymczasem dziecię odłożyło książkę i włączyło metronom. Z metronomem zagrało bardzo poprawnie, najlepiej jak umiało cztery następne utwory. Następnie metronom wyłączyło i zaczęło grać te same utwory od nowa. Wielce zadowolona skończyłam gotować, nakryłam do stołu, zawołałam z góry starsze dziecię i poszłam po młodszą do salonu.
Pianino stało tam smutne i samotne, grało samo nieszczęsne cztery nagrane poprawnie utwory, dziecię me młodsze zaś kucało w ogródku pod krzaczkiem i zajadało czerwone porzeczki.
I wychodzi na to, że osobiście ją naczyłam jak dobrze kombinować, nie?