Idą święta

Ponieważ, bez żadnej specjalnej traumy zresztą, nie wyniosłam z domu rodzinnego tradycji porządków przedświątecznych, oraz ponieważ w tym roku nie przyleci rodzina z Polski, czyli nie ma sensu gotować świątecznych potraw dla mnie jednej, bo dzieci wiadomo, że wolą pomidorową od śledzia, toteż tegoroczne przygotowania do świąt miały ograniczyć się do wysłania kartek i napisania listów do Świętego Mikołaja.
Jednak moja wrodzona skłonność do wzbudzania litości wśród otoczenia sprawiła, że na wigilię zostałyśmy zaproszone do zaprzyjaźnionej polskiej, trzypokoleniowej rodziny, natomiast na obiad w Boże Narodzenie do sąsiadów. Cóż było robić? Zaproszenia przyjęłam i rozszerzyłam zakres przygotowań świątecznych o zakup Ranigastu dla siebie i Laktulozy dla dzieci.
Kartek zakupiłam ze sześćdziesiąt. W śmiałym moim planie miałam usiąść do ich wypisywania razem z dziecmi, lat cztery i pół i prawie trzy. Ja miałam wypisać te większe, porządne, do wysłania, one miały przygotować te malutkie, dla dzieci. Jak nietrudno się domyslić, kłótnia o to, że duże kartki sa fajniejsze dla koleżanek wywiązała się od razu, natomiast po pięciu minutach, kiedy w ruch poszły oprócz kredek nożyczki i klej, całkowicie straciłam kontrolę nad procederem. Ostatecznie dzieci w szkole i przedszkolu rozdały koperty z bliżej nieokreśloną zawartością, lecz za to od serca tworzoną. Z tego miejsca natomiast chciałabym całą rodzinę i znajomych uprzedzić, że kartek świątecznych w tym roku ode mnie nie dostaną, ponieważ po procesie twórczym nic nadającego się do wysłania nie zostało.
Do pisania listów usiadłyśmy wieczorem, dzień przed wigilią. Lista prezentów była od meisiąca ustalana ustnie, a zamówione lalki elfy i lalki szmaciane do samodzielnego wykonania czekały przygotowane w mojej szafie.
Usiadły przy stole kuchennym, rozwlekły kredki i wzięły się do roboty. Po kilku minutach oświadczyły, że gotowe. Jedna miała narysowany traktor, druga niewyraźne bazgroły, które jak twierdziła przedstawiają pluszową przytulankę w kształcie choinki  z bombkami.
Pół godziny przekonywałam je, że chcą dostać zupełnie co innego, ale były nieugięte. Z pomocą niepodziewanie przyszła Sonia, trzynastoletnia córka sąsiadki, która wpadła na chwilę. Wprowadziłam ją w temat i poszłam do garów. Po czterdziestu minutach moje pociechy piszcząc z radości zaprezentowały nowe listy, w stu prcentach zgodne z zawartością szafy.
Listy zostawiłyśmy na stoliku w salonie, wraz ze słodyczami i wodą do popicia.
W wigilię o świcie starsza zerwała się z łóżka i pobiegła do salonu. Młodsza pognała za nią.
– Mamo! W nocy był Mikołaj! Zjadł słodycze, wypił wodę i zabrał nasze listy! It’s magic!* – wołała zaaferowana cztero i pół latka.
– O nie! Ja nie kciałam Mikołaj zablał mój list! – krzyknęła prawie trzylatka i wpadła w szloch po stracie swego dzieła.
Jest prawie południe. Nadal pochlipuje. Nie rozumie sensu nocnej kradzieży jej listu. Stanowczo żąda, żeby Mikołaj go oddał i wygląda na to, że bedzie to motyw przewodni dnia.
Wesołych  Świąt dla wszystkich państwa!

* To magia!