Ich sprawa

Taka przypowieść krąży po necie od lat, o dwóch matkach na placu zabaw. Jedna zaangażowana mocno, podpiera dziecię, podtrzymuje, asekuruje, podpowiada gdzie nóżkę postawić, dopinguje, żeby wyżej, że dasz radę kochanie, jesteś najlepsza i takie tam. Druga stoi obok drabinek i w dupie ma. Do dziecka się nie odezwie, nie pobawi. To na zegarek spojrzy, to na telefon. No nudzi jej się cholernie i odlicza minuty do pójścia do domu. Zaangażowana zauważa, że dziecko tej drugiej bardzo zwinnie po drabinkach się wspina, zwisa i huśta. W ogóle nie trzeba jej asekurować ani pomagać.
– Co pani robi, że pani córka taka samodzielna jest? – Pyta więc tę drugą.
– Pozwalam jej – odpowiada ona.
No i nie trzeba omnibusem być, żeby przesłanie załapać, więc zapamiętałam sobie.
I dlaczego ja dziś o tym?
Bo dziś rano o siódmej trzydzieści zadzwonił mój budzik jak co dzień. Jak co dzień już nie spałam, tylko dopijałam kawę. Jak co dzień poszłam na górę i zbudziłam dwie sztuki, dziesięcio i ośmioletnią. Jak co dzień powiedziałam, że:
– Lóżko, siku, rączki, zęby i o ósmej dziesięć ubrane i spakowane do szkoły ze szczotkami do czesania na dole was widzę.
Jak co dzień zeszłam na dół i zaczęłam się krzątać po kuchni. Jak co dzień o ósmej miałam zamiar krzyknąć na górę, że jest ósma, o ósmej dziesięć, że jest ósma dziesięć i miały być na dole, o ósmej dwanaście, że natychmiast na dół do jasnej cholery, a o ósmej piętnaście, że kurwa mać na dół tak jak stoicie i gówno mnie obchodzi, że jesteście w samych majtkach, pójdziecie tak do szkoły i najecie się wstydu to się nauczycie! O ósmej siedemnaście zbiegłyby na dół zesrane ze strachu, że matka gotowa dotrzymać słowa z tymi majtkami i obrażone, że się na nie drę z rana. Do szkoły by zdążyły, ale dzień przez te wrzaski już zjebany. Jak co dzień.
Coś mnie więc tknęło dziś, że nie. Nie będę sobie zdzierać gardła. Ileż można, myślę sobie.
Wróciłam na górę, gdzie potomne w piżamach bawiły się klockami Lego w pokoju młodszej i ani myślały łóżka ścielić i zęby myć, i oznajmiłam, że od dziś same mają pilnować czasu. O ósmej dziesięć mają być na dole, a o ósmej trzydzieści pięć mają wyjść do szokły i mają same ten czas kontrolować. Ja w ogóle więcej nie przypomnę która jest godzina. Ja budzę, zaplatam warkocze, robię śniadanie i przygotowuję lunch boxy do szkoły. Nie obchodzi mnie, czy najpierw się bawią, czy najpierw ubierają. Nie obchodzi mnie, czy do szkoły zdążą. Ich sprawa.
To oznajmiwszy zeszłam na dół i popijając drugą kawę układałam w myśalch scenariusze.
Że dzieciny w piżamach zbiegają o ósmej trzydzieści zorientowawszy się, że się zagapiły i pędem chcą lecieć, a ja na to, że bez umycia zębów i śniadania nie puszczę, i że mnie nie obchodzi, że się zagapiły, ich sprawa.
Albo, że jest dziewiąta piętnaście, ze szkoły dzwonią z zapytaniem dlaczgo dzieci nie ma, a ja odpowiadam, że nie mam pojęcia i żeby się ich zapytać i oddaję im słuchawkę, ich sprawa.
Że karę finansową za spóźnienie jaką naliczy szkoła zapłacą same ze swoich pieniędzy, ich sprawa.
I tak sobie snuję w głowie i obstawiam, jakiego wstydu  będą się musiały najeść i jak bardzo wystraszyć, żeby się nauczyć.
Niestety w ogole nie można na nich polegać. Całą zabawę mi zepsuły.
Zeszły równo o ósmej dziesięć. Ubrane, spakowane. Jedna się ustawiła do zaplatania warkocza, druga mieszała owisnkę w rondelku, potem się zmieniły. Zjadły śniadanie, założyły buty, kurtki, plecaki. Wzięły lunch boxy i o ósmej trzydzieści pięć wyszły z domu.
Ich sprawa.