Historie zaległe (4)

Był styczeń 2017. Może luty. Przed samymi świętami potomne moje, wtedy lat prawie siedem i prawie pięć, obie naraz dostały na zajęciach na pływalni transfery do wyższych grup. Starsza już wtedy pływała w głębokim basenie w miarę swobodnie, dla młodszej natomiast to był wielki moment, bo oto przeszła z grupy, która się pluska w brodziku, bo poważnego pływania w głębokiej niecce. Z tej płytkiej strony na razie.
Poszłyśmy na kilka zajęć, starsza radziła sobie jak zawsze w swojej nowej grupie na torze obok, a ja siedziałam na trybunach i oglądałam młodszą. Kilkoro dzieci w grupie. To był pierwszy poziom w całym tym systemie, na którym dzieci były w wodzie same, a insruktor uczył z brzegu. Dziecina była szalenie przejęta tym ogromnym krokiem milowym, a ja na trybunach siedziałam dumna jak paw oczywiście.
Szło jej świetnie. Wykonywała ćwiczenia, dobrze sie bawiła, wszystko było super.
A potem basen się zjarał. A dokładnie to sauna mu się zaczęła jarać, a od niej chywcił się dach. Strażacy ugasili i zabezpieczyli. Konstrukcja dachu została naruszona, więc pływalnię zamknięto  i dowiedziałyśmy się, że wszystkie lekcje pływania odbywać się będą według grafika i bez zmian, tyle, że na innym miejskim basenie. Niby w porządku, ale ten inny basen to tak ze dwadzieścia lat z hakiem remontu nie widział, i komfort w szatnaich i pod prysznicami tak jakby na poziomie mułu. Mnie to trochę zniechęcało prawdę mówiąc. Poza tym daleko, parking płatny. No nie chciało mi się, no. Przez około miesiąc nie pojechałam ani razu, aż w końcu trzeba było albo się zmusić i przekonać, albo poszukać innych lekcji, bo przerwać naukę i zparzepaścić to, co już osiągnięte, to jednak szkoda.
Zebrałam się więc i pojechalyśmy. Obie znalazały swoich instruktorów i grupy, i poszły. Starsza na tym głebokim końcu basenu, młodsza na tym płytkim. Usiadłam na jakimś tam zydelku, obładowana kurtkami, butami i plecakami, bo tam szafki na monety były, co mnie akurat zaskoczyło i odpowiedniej nie miałam, więc tak sobie siedziałam i walczyłam z utrzymaniem dobytku nad podłogą, bo cała w kałużach była, aż tu nagle instruktorka przyprowadza mi młodszą, zapłakaną, która twierdzi, że pływać nie chce.
Opatuliłam ręcznikiem, przytuliłam, zapytałam, czy coś ją boli. Nie. Czy się uderzyła? Nie. Czy się napiła wody i przestraszyła? Nie. Czy ktoś był dla niej niemiły, uderzył albo coś powiedział. Nie. Ona po prostu nie chce pływać. I płacze. No to posadziłam na kolanach taką opatuloną, przytuliłam i dałam spokój. Płaczącej na siłę nie ma co zmuszać. Może później się dowiem o co chodziło.
Tydzień później sytuacja sie powtórzyła. Przebrała sie w strój, poszła, ale po kilku minutach w wodzie zaczynała płakać i odmawiała udziału w lekcji.
Ewidentnie coś na rzeczy było. To dziecko, zwane potocznie od przedszkola kierowniczką, owszem, wiedziało czego chce, uparte i stanowcze było, ale nie robiło nigdy afer o nic i nie miało takich widzimisię „bo nie”. Ona muaiała miec jakiś konkretny powód. Niestety, nie powiedziała jaki.
Kolejnego tygodnia już w szatni odmówila przebrania się. Powiedziała, że posiedzi i poczeka ze mną na siostrę.
Nie wiem, co na to podręczniki o wychowywaniu dzieci, bo żnadnego nie czytałam, ale intuicja mówiła mi, żeby dać jej spokój i czekać. Tak więc kolejne tygodnie siedziałyśmy obie co poniedziałek i czekałyśmy na starszą, która miała swoje zajęcia. Ze dwa razy zagadnęłam:
– Patrz Julka, twoja siostra sobie pływa, dzieci pływają. Nie chciałabyś do nich dołączyć? Przecież lubisz pływać.
Ale wzdrygała się odpowiadając mi, że nie, więc kompletnie nie wracalam do tematu.
Po około miesiącu, kiedy widziałam, że dziecię czuje się na trybunach czekając ze mną na siostrę zupełnie komfortowo, że jest tego dnia zrelaksowana, zaryzykowałam i zapytałam:
– Julka, a właściwie dlaczego ty przestałaś pływać? Jaka jest przyczyna?
I niespodziewanie dziecię otworzyło się przede mną.
– Mamo, bo oni mnie za wcześnie do tej grupy w głębokim basenie przenieśli. Ja jestem za malutka i tam nie dotykam nogami do dna. Na starym basenie dotykałam, a na tym nie dotykam i muszę najepierw trochę urosnąć – powiedziała.
Wryło mnie w stołek.
– Julka, to ty myślisz, że pływanie polega na chodzeniu po dnie, i jak się nie dotyka dna to nie wolno?
– A nie jest tak?
– Nie, kochanie. Pływanie polega na poruszaniu się na powierzchni wody niezależnie od tego jak głęboko jest dno. Polega właśnie na tym, żeby sobie radzić bez dotykania dna.
– Taaak? To ja tak potrafię przecież.
– Wiem, że potrafisz.
– To mogę od nastęnego razu też iść pływać?
– Oczywiście, że możesz.
– To fajnie, bo już nie mogłam się tego doczekać – powiedziała i przytuliła się do mnie.
Kolejnego poniedziałku poszła na zajęcia, pływała, skakała, nurkowała i promieniała ze szczęścia.
Dziś ma prawie osiem lat. Pływa wszystkimi sytlami, nurkuje, skacze na główkę, na bombę, kredkę, ratowniczym. Co chce.
Domyślam się, że musiała gdzieś zasłyszeć od kogoś, kto mówił sowjemu nie pływającemu starszemu dziecku, pwenie będąc w ferworze walki z drugim, młodszym pluskającym się brodziku, że jak nie dotyka w głębokim basenie dna, to mu nie wolno wchodzić, i sobie dziewczyna do serca to wzięła.
Człowiek może na głowie latami stawać, a jedno przypadkowe zdanie zasłyszane byle gdzie, od przechodnia, może zmienić życie.
Efekt motyla.