Historie zaległe (3)

W szkole epidemia. Ale nie, że katar, tylko naprawdę pomór. Co chwilę wieści o kolejnym dziecku z gorączką, zawalonym gardłem i antybiotykiem.
Moje nic. Albo na razie nic. Ale to mi przypomniało historię…
Było to w czasach mojej ścisłej współpracy z brytyjską służbą zdrowia. Ciągnęłam z niej ile wlezie. Operacje, terapie, co mieli w pakiecie to mi dawali a ja brałam. Wiele miesięcy to trwało, a z rekonwalescencją to w latach będzie.
W trakcie całego tego cyrku ledwie ciagnełam fizycznie, psychicznie i finansowo, miałam siłę tylko „leżeć i zdychać”. Dzieci miały poniżej czterech i poniżej dwóch lat. Starsza chodziła do przedszkola, a młodsza na różne grupy dla rodziców z dziećmi. Na wszyskto to chodziłyśmy w kratkę, zleżnie od tego, czy danego dnia miałam siłę zwlec się z łóżka i dojść do placówki.
W tym czasie lekarze zakazali mi podróżować i przebywać w dużych skupiskach ludzi, ponieważ na skutek przewlekłego leczenia moja odporność ponoć spadła do poziomu odporności noworodka. Czyli słabiutko. Ostrzegali mnie, że jak dzieci przyniosą z placówek jakieś grypsko czy anginę, to ja mam się spodziewać, że ląduję na intensywnej terapii, a dzieci w przytułku. No nie, żebym się nie martwiła wcale, ale byłam w stanie takiej papki z mózgu zrobionej całą chemią jaką miałam w ograniźmie wtedy, że jakoś nie miałam siły się tym martwić. Dziś wiem, że martwiło się otoczenie, kto i jak się moimi idzećmi zajmie, jak mnie karetka zgarnie, ale wtedy nikt mi tym głowy nie zawracał i nie wywływał wilka z lasu.
A dzieci niewiarygodnie zdrowiutkie były. Codziennie prawie przedszkole, plac zabaw, zakupy spożywcze, i nic, ani katarku, ani kaszelku. A zima była, bo to się między październikiem a majem rozgrywało, ten najgorszy etap.
Dopiero po czasie, w chwili refleksji doceniłam to szczęście w nieszczęściu, że los mnie tak łaskawie potraktwał, że mi dzieci nic wtedy nie przyniosły, a jeśli przyniosły, to same w swoich organizmach zwalczyły i na zewnątrz nie wykaszlały, nie wykichały i mnie oszczędziły.
Minęły miesiące, leczenie się skończyło, zaczęłam nabierać sił, przyszło lato, pogoda. Życie zaczęło nabierać kolorów.
Pewnego dnia potomne zaczęły markotnieć, miały stan podgorączkowy, pokładały się na sofie, pokasływały, i gardełka je bolały.
Przeziębione, pomysłałm, dałam paracetamol i czekałam. Ale dwa dni minęły, trzy, cztery i nie przechodziło. Jakaś wysypka do tego nieznaczna. Te gardła jakieś takie dziwne. Języki jakieś od tego przeziębienia opuchnięte czy coś.
Niby się bawią, na plac zabaw wychodzą, niby jedzą, piją, ale jednak marudne takie. No to wziełam do przychodni i mówię do pani doktor mojej, że o ile pamięta, jak ja chorowałam, to miałam fatra, że odporność dzieci była wysoka i nic do domu nie przyniosły, ale chyba właśnie im siadła, bo złapały przeziębienie i bedzie z piąty dzięń, jak im przejść nie chce.
Pani doktor zbadała je obie. Potem zbadała mnie, choć mi nic nie było, ale zbadała. Wywiad zrobiła, ile tej gorączki i ile dni. I że serio nic im nie podawałam, tylko jeden raz paracetamol pierwszego dnia.
– Ja bym się z takiej odporności dzieci bardzo cieszyła jednak – odparła w końcu. – Twoje dzieci właśnie przeszły szkarlatynę.
Do dziś mam ciary jak sobie to przypomnę. Jak te małe ciałka czuły, że muszą być silne i walczyć z mamą, jak pozowliły sobie odpuścić i pochorować dopiero jak wszyskto wyszło na prostą. Pewnie wiedziały, że musimy to przetrwać, bo przecież wychowania ich dwóch nikt inny nie uciągnie.