Gender

Powiadają, że pierwsze pokolenie imigrantów idzie zawsze na straty, bo język, bo kultura, a drugie ma już z górki, bo drugie jest u siebie. I u nas tak jest.
Po niespełna dekadzie na emigracji stałam się trochę bardziej europejska. Wiem, że za zostawienie w domu bez opieki dziecka do dwunastu lat ma się na głowie policję, za to trzynastolatka może kupić tabletkę „dzień po”. Rozumiem, że szkolnej stołówce łatwiej wycofać wieprzowinę z menu, niż pamiętać, komu podawać a komu nie. Że przekłuwanie uszu dziecku to przemoc domowa. Że lekarz nie może powiedzieć kobiecie ważącej sto dwadzieścia kilo, że jest gruba, żeby nie urazić jej uczuć. Że są miasta bez choinki świątecznej na rynku, żeby nie urazić czyichś uczuć. I wiele innych. Dalej jednak wychodzi ze mnie zaściankowe pochodzenie, kiedy mówię „Święty Mikołaj” zamiast „Pan Mikołaj” lub wołam „Jezu Chryste!” zamiast „O jejku!” na widok dziecka biegnącego prosto pod samochód, a potem czuję na sobie karcący wzrok otoczenia, bo przecież mogłam urazić czyjeś uczucia.
Ale moje córki są Europejkami pełną gębą. Modelowo postępowe. Naprawdę, wiele można się  od nich nauczyć.
– Mamo, ja jestem chłopczykiem – oświadczyła dziś moja trzy i pół latka, aktualnie fanka Spiderman’a.
– Tak? A przecież lubisz chodzić w sukienkach – bezmyślnie podjęłam polemikę, dając wyraz swemu zacofaniu.
– Chłopcy też mogą, jak chcą – oświeciła mnie.
– I masz długie włosy – brnęłam automatycznie i bezsensownie.
– Chłopcy też – zauważyła, przytomnie jakże.
„A paznokcie? Ty lubisz malować paznokcie” – pomyślałam, ale ugryzłam się w język, żeby się nie kompromitować przed własną potomną moim ciasnym, małostkowym umysłem. Oraz, żeby nie urazić jej uczuć oczywiście.
– No dobrze, to po czym poznajesz, że jesteś chłopczykiem? – zapytałam niepewnie, czując, że właśnie ładuję się na minę, jaką będzie rozmowa o tym, że dziewczynki mogą mieć siusiaka jeśli chcą, i odwrotnie.
– Bo ja puszczam bąki! Tylko chłopcy puszczają bąki – oświadczyła zwycięsko.
A nie, to luz. Ma rację.