Fart

Zawsze wiedziałam, że więcej mam w życiu szczęścia niż rozumu, ale naprawdę, naprawdę zaczynam się martwić.
W sierpniu ubiegłego roku postanowiłam, że w zimie zabieram dzieci na narty. W tym celu kupiłam na styczeń bilety lotnicze do… Polski. Każdy narciarz puknął by się w czoło, bo na narty wybiera się destynacje, które gwarantują śnieg, a nie loterię. Następnie jeszcze w sierpniu kupiłam na wyprzedaży dzieciom kombinezony narciarskie, które taskałam w upale do domu w wielkiej torbie, wywołując salwę śmiechu koleżanek spotkanych po drodze i pytających co kupiłam.
Nadszedł dzień wyjazdu. Walizkę spakowałam na oko, i ważyła co do kilograma tyle, ile powinna. Podróż w obie strony przebiegła pod hasłem: „wszystkie dzieci szaleją po lotnisku i drą się w niebogłosy podczas lądowania, tylko moje siedzą grzecznie i są cicho”.
Na miejscu okazało się, że dokładnie na dzień przed naszą wizytą spadł świeżutki bielutki śnieżek i chwycił lekki mrozek, oba idealne do szusowania. Ponadto mój brat udostępnił mi na wyłączność samochód z dziecięcymi fotelikami na cały tydzień.
Wzięty z internetu zupełnie w ciemno instuktor sprawdził się bardzo dobrze. Już dugiego dnia nauki (godzina dziennie), cztero i sześciolatka, które dzień wcześniej pierwszy raz w życiu zobaczyły śnieg, spokojnie jeździły sobie z nim na wyciągu orczykowym.
Ponadto polecił mi wypożyczalnię sprzętu, która była czterokrotnie tańsza niż się spodziewałam, więc wróciłam do domu z gotówką w kieszeni.
Jakby tego było mało, w domu czekała na mnie świeżo odmalowana kuchnia i całkiem przystępny za tę usługę rachunek.
W obliczu powyższego, wychodząc z założenia, że szczęścia mam przeważnie odwrotnie proporcjonalnie do rozumu, wychodzi mi, że w chwili obecnej rozumu nie mam już wcale.