Euro

Na piłce nożnej to ja się nie znam i nie lubię. Wiem, co to spalony, mam więc potencjał na kibica, ale jest on uśpiony i uważam, że wyczerpałam limit spełniania patriotycznego obowiązku w tej dziedzinie stawiając się osobiście na trybnach Wembley w 2013 i nie przesypiając całego meczu z Anglią.
No, ale przychodzi taki czas, kiedy urząd skarbowy wzywa do kontroli rutynowej i trzeba im przygotować tyle papierów do wglądu, że każdy chętnie rzuci tę robotę w cholerę i na chwilę zostanie kibicem.
Tak więc do meczu ze Szwajcarią przygotowałam się bardzo dobrze. Od samego rana przypilnowałam, żeby potomne moje, lat cztery i sześć porządnie wyhasały się w ogródku i były zmęczone. Punkt czternasta zaniosłam do ich pokoju pachnącą pizzę, sok i dwa naładowane na 100% tablety. Następnie udałam się do salonu, gdzie zasiadłam w ciszy i spokoju do oglądania meczu.
Dziesięć minut później obie, umorusane sosem pomidorowym od nosa do kolan, pojawiły się w salonie, zasiadły razem na podnóżku, na który nie zdążyłam jeszcze wywalić swoich dolnych odnóży, i zaczęły:
– Polska! Go Polska! You can do it Polska! Polska strzelaj gola! White t-shirt* bierz im piłkę! Nie dawajcie piłkę czerwonym! Strzelajcie! Hura Polska! Jesteście najlepsi Polska! Polska gola! Czerwoni jesteście naughty**! Nie przewracajcie białych! Nie wolno tak kopać! To nie fair! Polska jest najlepsza! White t-shirts wygrają! Polska gola! Polska! Polska!
I doprowadzały mnie do szału tym brzęczeniem bite dziewięćdzieciąt minut z przerwą w środku na sikanie i kłótnię o sok.
I jak, ja się pytam, jak ja mam w tych warunkach zostać kibicem?

* biełe koszulki
** niegrzeczny