Empatia level master

– Mówię ci, jak się świetnie bawiły! Bez żadnej elektorniki! – Mówi do mnie dumnie koleżanka, oddając mi moje dzieci, które wypożyczyła na kilka godzin, żeby pobawiły się z jej dziećmi.
Cieszę się bardzo, dziękuję. I myślę.
Otacza mnie ostatnio moda jakaś, na presję wychowywania dzieci bez tabletów, xboxów i telefonów. Tak, ja wiem, że co za dużo, to niezdrowo. Wiem, że są uzależnienia, wzrost agresji, apatia, depresja, i tak dalej. Ale znam też publikowanie co dwa dni zdjęć porcelany ręcznie przez dzieci malowanej czy innych robótek ręcznych z hasztagiem: dzieciństwo bez xboxa. Czy to nie przegięcie w drugą stronę?
Moje dzieci uczą się dobrze, są lubiane, chodzą na zajęcia pozalekcyjne, na których osiągnięcia mają adekwatne do wieku, są chętne na wszelkie proponowane przeze mnie aktywności od wyjścia do teatru po wyjazd na narty. Sądzę więc, że są zupełnie standardowe te moje dzieci jak na swoje czasy i nie widzę nic złego w tym, że po tygodniu cieżkiej pracy, jaką jest szkoła i zajęcia po szkole, siądą sobie w sobotę do Minecrafta w trybie creative offline i przez dwie, trzy godzinki razem budują cywilizację, którą wcześniej planowały, projetowały, lub wyszukały w książkach na wzór.
Starsza, siedmio i półletnia chce być architektem i to budowanie ją fascynuje. Nie uważam, żebym miała jej tego odmawiać. Aczkolwiek, żeby uchronić się przed kazaniami, że dzieci wychowam na dysfunkcyjnych obywateli z brakiem empatii, bo się w dzieciństwie nagrają w strzelanki i mordobicia, czasem zwyczajnie przed otoczeniem fakt sadzania ich przed xboxem muszę ukryć, niczym matki popijające w tajemnicy, ukrywające przed gośćmi wódkę w butelce z octem.
Rozmyślałam sobie tak dziś o tym późnym wieczorem pykając po kanałach w poszukiwaniu rozwywki i obmyślając ambitne menu na proszony obiad na następny dzień dla czwórki dzieci o podniebieniach raczej szlachetnych i unikatowych, kiedy nagle usyszałam szloch ogromny córki mojej pierworodnej, lat siedem i pół, którą około dwie godziny temu, „wykąpaną, uczesaną” wyekspediowałam do łóżka spać. Tupot bosych nóżek oznaczał, że nie muszę wstawać, bo sama do mnie przybiegnie zaraz. Z przerażeniem myślałam, co jej powiem, bo los mnie dotychczas oszczędził, i moje doświadczenie w pocieszaniu po nieprzyjemnym śnie jest niemal zerowe.
Dziecę zasmarkane i zapuchnięte wtula sie we mnie. Szloch nią targa i nie jest w stanie powiedzieć, co się stało, więc powoli zadaję jej pytania, na które może odpowiadać kiwając głową i to ją trochę uspokaja.
Czy przyśniło jej się coś złego? Nie.
Czy zbudziła się niespodziewanie i przestraszyła czegoś? Nie.
Czy w ciemności zobaczyła oczami wyobraźni coś strasznego? Nie.
Czy przypomniało jej się nieprzyjemne wydarzenie z podwórka? Nie.
Ze szkoły? Nie.
Film z telewizji jej się przypomniał jakiś zły? Nie.
Gra komputerowa niedobra, strzelanie jakieś? Nie.
Nie, nie i nie.
Otóż proszę państwa, dziecię me skończyło właśnie do poduszki czytać książkę, światowy bestseller dla siedmioletnich dziewczynek, książka wszechczasów, tłumaczona na większość języków świata i zekranizowana w Hollywoodzie, w której na samym końcu, proszę państwa, uwaga: umiera mały pajączek*.
Ktoś mi poleci strzelankę z mordobiciem dla dziewczynek na xbox 360?

* „Charlotte’s Web”, E.B. White