Emigracja

Emigracja to jednak ciężki kawalek chleba jest, pomyślałam wczoraj w południe, zmożona grypą i przykuta do łóżka, z nudów oglądając na BBC jak się parlament gimnastykje, żeby jakoś Brexit z twarzą odwołać, i dochodząc do wniosku, że jeśli utrzymają tempo i stopień skuteczności, to się w terminie faktycznie nie wyrobią, i od kwietnia będę musiała sobie wbijać do brytyjskiego paszportu wizę, żeby własne rodzinne miasto odwiedzić.
Serio, to nie jest łatwe. Owszem, dobrze mi się na Wyspach żyje i swoje życie lubię, ale nie będę tu nigdy w stu procentach u siebie. Zawsze w rozmowie czy włączając telewizję nie zrozumiem jakiegoś żartu, który nawiązuje powiedzmy do życia w latach osiemdziesiątych, kiedy mnie tu nie było i nie czuję klimatu. A jeszcze częściej zwyczajnie nie zrozumiem zdania, bo mi braknie jakiegoś słowa czy idiomu, którego nie znam. Mam to szczęście obracać się w środowisku ludzi, którzy nie dają mi do zrozumienia, że jestem tu niechciana, ale wszyscy wiemy, że Polaków w Anglii się nie lubi. Angielki nie lubią Polek, bo ich faceci lecą na naszą słowiańską urodę. Anglicy nie lubią Polaków, bo zasuwają w robocie jak małe zajączki, więc wymagania wobec Anglików wzrosły. Muzułmanie nie lubią Polaków, bo populacja katolików rośnie, a nie takie wytyczne w Koranie są. Szkoci nie lubią Polaków, bo to Szkoci byli kiedyś największą mniejszością narodową w Anglii, a potem przyjechali Polacy, i okazało się, że lepiej pracują, lepiej piją i mówią lepiej po angielsku. No długo by można wymieniać. Apogeum niechęci nastąpi, kiedy się Izba Gmin nie pośpieszy i nie zdąży tego Brexitu odwołać na czas, i każdy polski imigrant będzie swobodnie podróżował po Europie na polskim paszporcie, a Anglicy przyzwyczajeni do wyskakiwania na weekendy do europejskich stolic na balangi, utkną na wyspie, niczym w stanie wojennym, składając podania o wizę.
Niestety, co po kilkunastu latach nieuniknione, w Polsce też nie czuję się już u siebie. Na każdym kroku, drobne gesty i niuanse w codziennych sprawach przypominają mi, że przesiąknęłam już angielskim stylem życia i nie pasuję.
Podjeżdza autobus, ludzie wsiadają, a dla mnie brakuje miejsca, i orientuję się, że przepuściłam wszystkich. Bo ja się już oduczyłam przepychać. Ja automatycnie czekam na swoją kolej, naiwnie sądząc, że ci, co przyszli po mnie, przepuszczą mnie, bo przecież przyszli po mnie.
Albo wchodzę do apteki. Proszę o syrop na zatwardzenie dla dzieci i maść na blizny. Pani podaje syrop i idzie do gablotki z kremami na drugim końcu pomieszczenia. Otwiera, przygląda się.
– A ta maść na świeże blizny czy stare ma być? – Woła do mnie i zmusza mnie do odpowiedzi na krępujące pytanie przed publicznością, która ustawiła sie już za mną w kolejce, zamiast podejść i zapytać mnie dyskretnie, do czego już zwyczajnie przywykłam.
Albo kelner w restauracji, który nie kryje zniecierpliwienia, że nie złożyłam zamówienia za siebie i dzieci raz dwa niczym w barze szybkiej obsługi, tylko poprosiłam o trzy egzemplarze karty, dałam dzieciom czas na przeczytanie, wybranie, co wcale nie trwało dłużej niż zrobiłby to każdy inny dorosły klient, a na koniec dzieci same, bez mojego pośrednictwa zamawiały to, co chciały, jedna prosząc o lody bez rodzynków, bo nie lubi, a druga o rosół bez marchewki. Oj, w dupie mial napiwek, wolał być niemiły. Ale i tak dostał. Bo ja już nie potrafię nie dać napiwku. Właśnie.
Albo kapela góralska. Fajnie grają, ludzie wyciągaja komórki, miny grajków mało zachwycone, ale z czegoś trzeba żyć przecież.
– Mamo, czy my też możemy nagrać? – pytają moje dzieci.
– Nie wiem. Jak się skończy ten utwór, to podejdźcie i zapytajcie, czy zgadzają się, żeby ich filmować – odpowiadam odruchowo, i natychmiast czuję na sobie niewypowiedziane wiadro hejtu, ze strony oburzonych filmujących, że jakoby śmiałam skrytykować ich zachowanie. A ja tylko byłam sobą. Tylko sobą. Tą, która tu już nie pasuje właśnie.
Długo bym mogła te drobne i fascynujące mnie różnice wymieniać, ale problem mam, że nie mam z kim o tym porozmawiać. Kiedy tylko próbuję, natychmiast słyszę, że w dupie mi się poprzewracało, że czuję się lepsza, że jestem zarozumiała. Ile  bym nie zaznaczała, że widzę różnice i nie wartościuję co lepsze, co bardziej mi sie podoba, zawsze ktoś się obrazi.  Więc nie próbuję już. Zamykam się w sobie, smutno mi. Taki los.
Rozdziera serce ten brak przynależności. Bardzo to wysoka cena, za wygodne życie. I nie da się tego zrozumieć, przewidzieć, zanim się samemu nie przeżyje, nie poczuje.
Tymczasem byłam tydzień temu na nartach w Polsce. Spędziłam cudowny czas w Bukowinie Tatrzańskiej, którą pokochałam całym sercem już rok temu. Śnieg, narty, lodowisko, termy, zaspy śnieżne, błwany, sanki, budowanie iglo, skocznia w Zakopanem i labirynt lodowy, kulig, sanie, pochodnie, konie, ognisko, pyszne jedzenie, przytulny pensjonat, cudowni gospodarze. Pełnia szczęścia.
Mamy tam swojego ulubionego instruktora, do którego wróciłyśmy już trzeci raz i zapewne nie ostatni. Tym razem coś mnie tknęło, że niby mam do czynienia z nartami od dziecka, niby potrafię się na nich przemieścić z góry na dół w jednym kawałku, ale nikt mnie nigdy tego nie uczył i zawsze to jest raczej walka o życie niż jazda, więc co mi szkodzi wziąć parę lekcji i robić to dobrze, nie?
No, i się zaczęło.
– Ewa, postawa. Ręka, kolano, biodro, krawędź. I hop, hop. Z życiem Ewa. Z życiem. Raz dwa. Zatrzymanie. Obróć się. Patrz na mój ślad i na swój. Widzisz różnicę? Tak masz jechać. Dawaj na wyciąg. Ruchy. Nie stój, jedziemy! Zwalniające teraz. Ewa, dynamicznie. Płynnie. O, brak równowagi, no brawo! Dupa wyżej! Do przodu się pochyl! Górna narta ci w pług wchodzi. W twoim wieku pługiem już nie wypada, naprawdę. Przyłóż się do tego!
I tak sobie pomyslałam. Normalna rozwódka po czterdziestce poleciałaby do Tajlandii, leżała na plaży z drinkiem, miala wszystko w dupie, płaciła tubylcom za seks i była zadowolona. A ja? Przyleciałam na zimę stulecia, minus dwanaście stopni, i płacę rodzimemu góralowi, żeby się na mnie darł.
Taka ze mnie patriotka.