Dywanik

Jak się było w dzieciństwie tą jedyną w klasie dziewczynką, której matka na wieść, że Gosi D. ktoś rąbnął lalkę Barbie, (lalkę Barbie we wczesnych latach osiemdziesiątych. Z Pewexu. Za sześć dolców. Połowa przeciętnej ówczesnej wypłaty), nie leciała do szkoły z awanturą jak lwica walczyć o dobre imię potomstwa i ręczyć za nie, tylko urządzała w domu godzinne przesłuchanie w sprawie, to się porodziwszy własne potomstwo, przyrzekło sobie, między innymi, żeby traktować je jak ludzi, a nie jak potencalnych przestępców, po których nikt nie spodziewa się niczego dobrego.
No, ale nie da się. No nie da. Genu matkopolskiego nie oszukasz.
Pierwszy sygnał miałam kilka miesięcy temu, kiedy dziecię moje młodsze, siedmioletni blond anioł o imieniu Julia, interesowało się jeszcze piłką nożną, i w piątki po szkole chodziło na treningi. Dnia pewnego przyjechałam po nią wcześniej, zaparkowałam i topiąc nos w komunikatorze co chwila spoglądałam przez płot ukradkiem na zajęcia. W pewnym momencie zauważyłam, że najlepsza przyjaciółka mojej potomnej płacze, trener kuca przed nią i do niej mówi, potem woła moją Julkę, Julka coś do koleżanki mówi, przytula ją.
„Noż kurwa mać!” – pomyślałam. „Kopneła ją gówniara, albo coś niemiłego powiedziała i kazali jej przepraszać. Jak nic. Już ja się z nią policzę.”
Odbierając dziecię zapytałam trenera, co takiego zmalowała, żeby wymar kary oszacować. A tymczasem dowiedziałam się, że tamta dziewczynka płakała, bo nie trafiła gola czy coś, i jej było smutno, a Julkę zawołali, żeby ją pocieszyła, bo jest jej najlepszą przyjaciółką.
„Dobra laska, upiekło ci się, nie opierdoliłaś dziecka niepotrzebnie. Tym razem. Uważaj na przyszłość” – pomyślałam.
No i wracamy wczoraj ze szkoły.
– Mamo, skąd wiedziałaś, że drugie klasy dziś trzeba było odbierać innymi drzwiami? – Zapytała siedmiolatka.
– Bo dyrektor rozesłał wiadomosć na komórki rodzicom, że wasze drzwi mają pękniętą szybę i ze względów bezpieczeństwa nie wolno ich używać.
– A wiesz jak to się stało, że pękła? Dwóch chłopaków rzucało kamieniami. I poszli do gabinetu dyrektora na rozmowę. A to nie jest przyjemna sprawa.
– Domyślam się. Po polsku się mówi, że poszli do dyrektora na dywanik. A skąd ty wiesz, że to nieprzyjemna sprawa? Byłaś kiedyś u dyrektora na dywaniku? – zapytałam natychmiast.
– Byłam raz, rok temu. I Ania też.
Japierdziele. Laska. Spokojnie. Skoro nic o tym nie wiesz, szkoła cię nie wzywała, to nie zmalowały nic wielkiego. Nic nie zdemolowały. Może jakaś sprzeczka z koleżankami, coś takiego w normie, że szkoła sama załatwiła bez twojego udziału. Luz. Wdech, wydech. Panuj nad sobą. Jak teraz nie docenisz, że się przyznały, tylko rozedrzesz mordę, to nic ci więcej nie powiedzą, bo uznają, że nie warto z tobą gadać. Nie drzyj się. Przynajmniej nie na ulicy. Spokojnie. Znajdź w sobie pokłady cierpliwości i dobrej woli. One gdzieś kurwa są. Ukryte głęboko, ale są. Wdech.
– A za co kochanie, powiedz mi łaskawie, byłyście z siostrą na dywaniiku u dyrektora, hę?
– Ja byłam odebrać nagrodę za dobre wyniki z angielskiego.
– A ja pisałam test z gramatyki, i wszyscy mi przeszkadzali i cały czas mnie zczepiali, bo ja jestem z gramatyki dobra i znam odpowiedzi, i nie mogłam się skupić, więc pani wysłała mnie z asystentką, żebym napisała test spokojnie w jakimś innym miejscu. I jedyne wolne wtedy miejsce było w gabinecie dyrektora, i tam sobie pisałam.
Wydech.
Jeden zero dla mnie. Chyba.