Długie i patetyczne, ale muszę

W drugiej klasie liceum zachorowałam na Nowy Jork. No dobrze, zachrowala moja przyjaciółka, a ja wtedy po niej wszystko małpowałam. Potem nasze drogi się rozeszły, ale mi fascynacja została. Na osiemnastkę dostałam od chłopaka przewodnik po NY i był czas, że znałam go prawie na pamięć. Mam go do dziś (przewodnik, nie chłopaka). Zaplamiony kawą, wygnieciony, przetrwał wszystkie moje zakręty i przeprowadzki.
Żem ja z tych mało obrotnych życiowo, toteż przez półtorej dekady marzenie,  żeby pojechać na miesiąc i niespiesznie, własnym tempem NY poznać, klasyfikowalo się do kategori wiecznego wzdychania bez podejmowania prób realizacji. Od kilku lat jedank ani wiza ani zaoszczędzenie paru groszy na ten cel nie stanowiły problemu, więc podjęłam decyzję, że zrealizuję to marzenie do czterdziestki.
Ale porodziam dzieci, zostałam samodzielnym rodzicem, podupadłam na zdrowiu i finansach, i marzenie w sposób naturalny poszło w odstawkę.
Czterdziestka stuknęła mi dwa tygodnie temu. A że mieszkam chwilowo na placu budowy i liczę każdy grosz, to i nie chwaliłam się nikomu. Przesiedziałam w domu cicho, sobota jak każda, pranie, sprzątanie, a obchody przesunęłam o rok i już. O NY pomyślałam na chwilę, łezka mi się zakręciła, i odpuściłam. Trudno.
Spędzam własnie tydzień all inclusive w Londynie. Mieszkam u znajomych, przydzielili mi pokój full wypas z łazienką i tv, karmią nas po królewsku, wożą na różne atrakcje, dziećmi się zajmują kiedy ja w internecie grzebię.
Wczoraj wzięli nas na grilla do wspólnych znajomych. Dzieci znajomych zajęły się moimi dziećmi. Ja siedziałam, obżerałam się sałatkami, kiełbaskami, popijalam winem i cieszyłam chwilą, aż tu nagle woła mnie ktoś nagle do salonu. Idę, a tam blaony, ozdoby, tort, świeczki, szampan, prezenty. Wszystko. I „Sto lat” śpiewają.
Ci sami ludzie potrafili pół roku temu, kiedy chorowałam, przejechać dwieście mil żeby stać cały dzień przy garach, nagotować i zamrozić mi smakołyków na całe tygodnie, i zajmować się moimi dziecmi, bo nie dawałam rady sama.
I wczoraj, kiedy dmuchałam te świeczki ze łzami w oczach, po dwudziestu latach wreszcie zrozumiałam: Piperzyć Nowy Jork, jak się ma takich ludzi wokół.